Translate

poniedziałek, 2 listopada 2026

197.

Kontury

Błękitne niebo.
Odleciały balony;
a na cmentarzu pojawiły się kolejne groby,
których przed chwilą nie było.

Niektóre zobaczysz stąd bardzo wyraźnie,
niektórym musisz się przyjrzeć.
A jeszcze inne - nigdy nie zostaną znalezione.
Zostaną jedynie dla tych, co byli w nich pochowani.
...

A niebo jest dalej błękitne.
Od nieba błękitnieją domy, co rusz.
Niektóre widzisz wciąż bardzo wyraźnie.
Niektórym...
Innych nigdy nie zobaczysz.

czwartek, 8 października 2026

196.

Pod koniec
w drobne kontury kwiatów
wdarło się nieco z fioletu;
nosił się późny wieczór i...

"Ja też chcę uciec po różdżki!"
...

Płonące po niebie gwiazdy skupiły się w kąciku okna, posłuchać czytanych bajek.
...

Jedna spadła pod nosy,
dając nadzieję na szczęście.
A kwiaty śpiące naokół - były całą noc białe.

sobota, 3 października 2026

195.

Magiczny dom... upomniał się o głaskanie w kąciku fotela przeciągłym gwizdem czajnika...
Przeciskał się między uszy; pomiędzy czerwone liście wyzierał bordowy zachód, 
barwiąc je w jeszcze ciemniejsze, aż spadły.
A dalej było już chłodniej.

Jestem tu bezpieczny?
"Jesteś tu bezpieczny." 
A choć nikt tak naprawdę mi nie odpowiedział; potrzebowałem takiej odpowiedzi, 
a ona niosła się wszędzie. 
I mnie tu przyniosła ze sobą.

I tak minęliśmy grudzień.
To koniec?
"Tak, to już wszystko." 
...

I choć..., "naprawdę" nie było potrzebne.
Unosił się zapach herbaty.
A prawda była z cynamonem.

I co będzie dalej? Powiedz, że będzie pięknie.
"Będzie pięknie i dobrze, na pewno."
...

Tajający śnieg odsłonił uschnięte liście. 
Były tu cały czas.
I tak rozpoczął się marzec.

czwartek, 1 października 2026

194.

"Czy Bóg istnieje?"

Wiszące po linach lampiony ocierały się, kołysząc, na wietrze.
Niespiesznie szumiała muzyka, najprawdopodobniej pianino, to dalej... -
Spadło więcej liści, 
nieco więcej niż wczoraj; październik - 
ten tu był kardamonem. Goździkiem.
Niespiesznie podaną herbatą.
...

Było żółto.
"To prawda.
I był późny wieczór."

Ten stąd... miał nieco swojej tęsknoty.
Miał nieco swoich sukcesów.
"Ten mój... był nadal za wczesny."
Myślisz, coś jeszcze się zdarzy?
...

Październik; przeszło trochę kobiet,
jak tęsknot i naraz sukcesów. 
Kwiaty uschły i jeszcze...
I był już listopad, trochę po północy.
"Czujesz..., jest nieco cieplejszy."

Był... stary, miał whisky.
Był resztką wczorajszej herbaty.
Wziął tytoń. I trochę muzyki.
I zmarzłem cholernie w tym wietrze!

"Ja też. Napij się, jeszcze poczekamy."

wtorek, 22 września 2026

193.

Zaś po ścianach, gdzie rusz to, gdzie pozwalał pęd biegnący paproci, wisiały plakaty okładek. Regał kosmicznych statków z tym drewniane pudełko na życiowe błędy - i tu się oparła paproć. I ja oparłem oń fajkę.
Otworzyłem okno, przewietrzyć, zaś... w seledynie po dal biegnącego poranka mieniący się światłem ocean - odbijał lecące ptaki...
I wleciał samolot z papieru, to jak wczorajsza gazeta, wspomnienie czegoś innego, jak...; i włączył radio... szum - byliśmy już za daleko.
"Eden" Stanisław Lem, gdzieś musi istnieć piękniejszy.
Czerwona kontrolka, jesteśmy już bardzo blisko...
Z nagła syk... Piknięcie. 
...

Koniec to... martwy spokój zegarów.
Szum..., to tylko ocean.
...

I cisza.
Wyłączył się ekspres do kawy.

piątek, 18 września 2026

192.

Gdzieś zaś w oddali..., obok kóz to i gdzie zgubione biega światło, widzieć można było przestrzenie, po których, patrząc koło, nikt by się nie spodziewał, że rychło prowadzą do końca. Końca różnie widzianego, to prawda, jednak w tym wszystkim... najlepiej było widzieć twarze; uświadomione, że podróży tej nie da się opuścić. Że nikt weń nie spyta o zdanie, a choćby o bilet, gdyby nawet - znajdzie się on, ot, to w kieszeni - płaszcza, sukienki, drugich spodni czy tego, co mamy ze sobą. 

Spokojnie falująca zieleń po czasie zmienia się w pomarańcz; to by runąć wniwecz, poddana wzmagającym wiatrom, niosącym chłodny posmak nocy. Nie ma ptaków, świerszczy, nie ma tego, co zwykle mogłoby jej towarzyszyć, prócz w dali migoczących świateł, do których, tak czuję, nie można już będzie zawrócić.

Można przejść do wagonu jadalnego, zjeść sernik, nie będzie to miało znaczenia. Zakołyszą się lampy, wpadnie nieco bieli, a ktoś nam podsunie herbatę. Zimną whisky. 
I być może nie będziemy sami. 
Zakołyszą się lampy, spadnie gwiazda, na szczęście. 
A nasze modlitwy być może zostaną wysłuchane...

niedziela, 13 września 2026

191.

Zastanawiające jest, jak można przejść tak wiele dróg, a nie znaleźć tego, co innych zdolne jest złapać, wydaje się, za każdym kolejnym krokiem. I to też, że ostatecznie nie mam bladego pojęcia, jak mam zachować się w większości sytuacji, które spotkają mnie w życiu. W większości tych najważniejszych. Wolałbym wówczas myśleć, jest jakiś kolejny świat, w którym nasze wybory stąd, za tym - ich konsekwencje, ostatecznie tam, gdzieś w nienazwanym "tam"... nie będą mieć dla nas znaczenia, większego przynajmniej, niż tego wszystkiego wspomnienie, którego konsekwencji nie trzeba już ciągnąć za sobą. Że będzie tam więcej czasu, prób, dobrych rad, a dalej - więcej z tym możliwości. Że będę mógł spróbować raz jeszcze - to, czego tu nie potrafię. Czy zrobiłbym cokolwiek innego? 
Chciałbym więc, żeby był on łatwiejszy. Nie aż tak samotny z tym... najlepiej, co by odpowiedział, gdyby umiał mówić, niczego nikomu nie muszę już udowadniać. Że wszystko to się skończyło, ot, koniec, że można odpocząć. Że można usiąść w pokoju, włączyć lampkę i napić się ciepłej herbatki. Nastawić radio. I nie musi to wcale do niczego zmierzać. To wystarczy. Nie trzeba nigdzie iść, niczego mówić. Nikomu. O nic nie trzeba zabiegać. Niczego więcej osiągać... Niczego to nie dowiedzie. To wszystko. Jestem wolny.
Że można zawsze stąd odejść, gdzieś w nienazwane "na zewnątrz", owszem, wziąć plecak, płaszcz, a z czasem... włożyć doń znowu kilogramy celów. Konieczności, powinności. Jak trzeba się będzie zachować; i reszty stąd tałatajstwa. To znowu, znowu i znowu... Można do tego wrócić. Można się zastanawiać, jak zrobić wszystko dokładnie, co zrobić wówczas należy. 
I kiedyś..., jak zawsze, będzie tu można wrócić. Na powrót. I nikt nas nie spyta o powód. Sam siebie o niego nie spytam. Wróciłem, po prostu.
Mam nadzieję, że taki istnieje. 

Choć jeśli nawet, ten... nie ma mojego imienia. Nie potrafię stać się tym światem dla samego siebie. Mogę go opisać, choćby nawet zgrabnie, stworzyć go nie potrafię. Nie potrafię odpuścić. Nigdy tego nie zrobię.

czwartek, 3 września 2026

190.

Bezdomny

Zachód...
Słońce oparło się promieniem
O na wpół spróchniałą gałąź.
Odleciały zeń ptaki,
Kracząc...

189.

Zachód w dolinie

Obok poczerwieniałych domów
Późniejszym zachodem...
Liczymy płonące po horyzont
Chmury.
...

Dzieci bawią się,
A ci, co nie ujrzą dnia,
Wskazują ptaki...
Te wpierw duże...,
Małe nikną, palone w nurkującym słońcu.

188.

Złomowisko

A wśród starych
I wyblakłych już gwiazd,
Dawno skarłowaciałych,
Rozciągał się - jak ocean - Bóg.

Z góry widziałem
Stare, opuszczone rakiety,
Pluszowego psa bez oka;
I remizę plastikowych strażaków...
...

Odwróciłem wzrok -
Jaśniało niebo...
Wyrzuciłem ostatnie yoyo;
I poszedłem spać.

187.

Tym, co polecą z nami w gwiazdy

Chwila -
Zapłonęła zakurzona,
Wpół widoczna dioda starego radia.
Trochę szumów…, 
I tak niczego nie wyłapie.
Od dawna nikogo tu nie było;
I nikt nic tu nie mówił.
…

Chwila -
Zgasła.
A przez ten urywek czasu 
Ziemia odsunęła się odrobinę od Słońca...
Spadło kilka liści, była jesień.
Osiadło na mnie trochę kurzu…,

Ale ktoś złapał w tej chwili moją rękę.
Musieliśmy lecieć.

wtorek, 25 sierpnia 2026

186.

Tuż przy widnokręgu, gdzie wszystko dotyka całą resztę nocy - wschodzi światło...

I tu do nas dotrze, to pewne..., lecz teraz - tu - szumią powolutku wrzosy, wokoło spadają liście, a pierwsze krople na tych, co zostały, zwiastują - nie będzie to nic poważnego.

W dali majaczy morze neonowych świateł, łuną zasnuwając gwiazdy. A choć stąd są te jeszcze, gdy zmrużyć oczy, widoczne, tak z czasem, stąd nawet, nic z nich nie pozostanie.
...

Był czas, przesiadywałem pod wiatą wyjątkowo długo. Miałem dwurzędowy płaszcz i brązowe buty. Miałem też niezły kapelusz. A wokół mnie rosły fioletowe wrzosy, z granatu biegnące w pomarańcz; było coraz jaśniej.
Były też samoloty, całe zrobione z papieru; jednak mówiąc do nich, to tak, jakby mówić do siebie, zatem ostatecznie - nie dowiedziałem się od nich niczego nowego. Mogłem je do kogoś posłać, to jakby pocztowe gołębie i jakby gdzieś posłać część duszy. Wiedząc jednak, że dolecieć by mogły do kogoś, do kogo dolecieć nigdy nie powinny, bez mojego wpływu, zaniechałem i tego po drodze. Wszak nie każda część duszy musi być tak samo mądra. Tak samo w każdym aspekcie. I moje też w wielu nie były.

W końcu odesłałem jedną po białego kota, był zwykle mniej więcej w pobliżu. I zawsze bezpiecznym wyborem.
...

5:25, to wyjątkowa godzina. Miałem dwurzędowy płaszcz i brązowe buty. Kapelusz, samoloty w teczce. Gwizd, buchająca para i kolejne krople, znaki, że trzeba się zbierać.
Wokoło, jak zawsze, niespiesznie falowały..., jak dawniej. Nade mną spadały liście. 
I prawie wszystkie opadły. Gdzieś w dali majaczące neony - nie zasnuwały już sobą żadnych napotkanych gwiazd. Bo żadnych gwiazd już nie było. I one nie były potrzebne. I zgasły. 
Zmrużyłem oczy, tu nawet - nic z nich nie pozostało.

Zamknąłem okno, bo przeciąg, do widzenia. A biały kot oblizał łapę.

sobota, 15 sierpnia 2026

185.

Falują po cichu po polach rdzawe od słońca kwiaty, gdy ciemnieje niebo. 
Gdy wszystko na ten krótki moment wydaje się być wiele cichsze... rosną gwiazdy - po polach - że można by wcale przypuszczać - są niby maleńkie dziurki, jak bywa na kapeluszach, gdzie ten na poważnie - jest zupełnie w innym miejscu; w którym świeci słońce.

Żegnając dzień, widać pole... I dłuugi w gwiazdy teleskop. Stary dom, biały kot i dłuuuga po szczyt dnia latarnia, paląca ogniem za słońce, by w nocy bielić... przez krótki seledyn wieczoru; bo tutaj nie ma księżyca.
Ale pamiętam księżyc.
...

"Jedna dziurka jest większa, z pewnością Gwiazda Polarna; tu sobie tylko znanej, wyjątkowej nazwie."
...

"Targ nocnej muzyki - grupa wędrownych istot, sprzedających cokolwiek, mającego wybić z nudnej powtarzalności jutrzejszego dnia, choćby białe koty. Puszczają fajerwerki, przede wszystkim grają, to śpiewając pieśni, mające rozgryzać gwiazdy. I miejsca, co kryją za sobą; w których świeci słońce, co bywa i u nas."
...

I perlisty róż poranka, i pole... Wielkie po horyzont pole, jak wody ciągnące ze sobą w dal - dom, tu robiący za statek.

"Biały kot z rana się myje, to raz. Dwa, to patrzy w niknące gwiazdy, to potem (musi być teraz tam noc). Podchodzi do mnie, a z braku zainteresowania tematem wraca i myje się dalej, jak co dzień, dopijam z nocy herbatę."

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

184.

5:25, wtedy to, jak i co dzień, i tak każdym razem - podjeżdża tu dla nas - to stary, na brąz cięty wagon, o w takt z wschodem zgranym, eleganckim wnętrzu, gdzie rosę zaś z rana zastąpić by mogło w czerwień, proszę, wino. Dziękuję. Na mahoń obicia, by do tych - obszyte w purpurę siedzenia. W heban ławy z zielonym, firanki - na ciemno. Talia kart z popielniczką. I może jeszcze raz jeden..., i wino. Nie, może czarna herbata. Nad - wiszące lampy - naokół, haczyk na kapelusz. Papieros, jak błogosławieństwo. Z tym i wiele światła, zza okien - z turkusu w czas pali w pomarańcz..., jak wyjrzeć, po czerwień przez w fiolet - do nocy (więc granat?), więc może jeszcze raz jeden..., niech czerwień nam leci przez lampy, niech ćmi się pod rytm, do muzyki - na ciepło..., czeka nas długa podróż, więc..., to znów, raz tylko jeden... saksofon - na trochę dobrego jazzu. Gołąb - na brzegu oparcia. I jeszcze haczyki - na płaszcze, wziąłem dziś kilka ze sobą.
I wino na..., to już ostatnie.
Kapelusz.
...

Ćma, uchylone okno. Muzyka. A pędzi ten zawsze po wodzie. W dal w wodę prowadzą szyny. W dal... kilka sodowych latarni. I kilka listów po drodze, jak stacji, jak kilka pocztówek z życia, i..., więc może jeszcze raz jeden... Zdecydowanie, będzie to trochę zbyt dużo. 
5:25, a jeśli kiedyś się spóźnię, miłość zatrzyma po drodze, dłuższe przypadną lata... A jeśli kiedyś ucieknę czy może po prostu... się spóźnię, zaczekam. Jak zawsze, jak co dzień na..., to znowu (i potem będzie tak samo), na stary, w złoto cięty wagon, o w takt z wschodem zgranym, eleganckim wnętrzu - na granat, powiedzmy, tym razem. Na..., może jeszcze raz jeden...
Och, proszę, tak dawno nie było.
Papieros.

czwartek, 9 lipca 2026

183.

Gdzie wszystko w wieczorze, wstęp do mglistej nocy... powolnym jest oraz zastałym. Gdy się przypatrzeć, nadto spodziewanym. Z dalą wyrosłe w seledynie wzgórza... pod w bordo pogasłe czerwienie, wykwity - jak malutkie słońca, tam, gdyby zeń spojrzeć, z wysoka, nic też, co już się zdarzyło, to nic z tym, w dal, co wprzód się zdarzy... Zakończy... I kilka ostatnich błękitów.
I wszystko. Nic nas już nie zaskoczy.

Z wiatrem przeleci kapelusz...

I to też, rzecz jasna. 
W czas, wzniecą się ognie, do późna, oziębłe światłem księżyca - w czas - w seledynie zaś wzgórza okażą się dla nas znudzonym po niebie konturem, ułudą..., zejdź ze mną

z wiatrem..., kolejny zbłąkany kapelusz.
To także.
...

Gdzie z każdym kolejnym w dół krokiem, tak dobrze poznane wieczory (i wszystko) ustąpić po noc muszą gwiazdom. To koniec. Z początku niewinnie, po cichu, z lekka dostrzegalnie - padają te naraz..., nieważne. Bo jeśli, przyjdzie, żadna nas nie usłucha, tak z każdym kolejnym w dół krokiem..., przyjdzie, jaśniej. To kilka pierwszych błękitów. W pomarańcz wzniecone czerwienie, wykwity - jak malutkie słońca, pamiętam. I wzgórza. Że kiedyś gdzieś je..., wiedziałem, że z wiatrem przeleci kapelusz..., to było. 
Być może.
Przetarłszy oczy, przez okno wyjrzymy na drogę. Daleko. Mamy cały dzień...
Pójdziemy.
Nic nas już nie zatrzyma.
I nic nie będziemy pamiętać. 

czwartek, 25 czerwca 2026

182.

Na małej, zielonej krawędzi gaśnie niebo. Gdzie po nim, w dal... girlandy spadających gwiazd, że, zdaje się, nic po nich więcej nie widać. Gdzieś dalej, być może, lecz tu..., lecz tej nocy, nam - gaśnie niebo... to w małym, marmurowym domku, w resztce światła. Za oknem - w chybiącej się w wietrze latarni, jak w statku - w strzeliście kosmicznym statku - pod niebo... Jak w kwiatach. Jest tutaj coraz mniej kwiatów.
Na małej, zielonej krawędzi, tak drobnej, że ledwie tę... gasną gwiazdy. I księżyc gaśnie za oknem. I dalej, jak dojrzeć, nigdzie to przecież nie zmierza. Gasną wizje. Gdy miłość zgasła ze świata, na małej, zielonej krawędzi..., tam... żadnej krawędzi już nie ma. Gdzieś indziej, być może, lecz tu..., lecz tej nocy, nam - niczego więcej nie będzie.
Nim cały świat zgaśnie do końca, błysk, światło, rezerwa paliwa. Błysk, zapłon - raz - cienie za oknem - niczego więcej... Na czerwień przyćmione lampki - błąd - dwa - błysk, iskry - trzy - raz jeszcze, ostatni, a choć to donikąd..., dasz radę w iskrzeniu zobaczyć - byliśmy tu - na małej, zielonej krawędzi gasło niebo. Gdzieś po nim, w dal... girlandy spadających gwiazd, że... Nic po nich więcej nie widać. 
Niczego więcej.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

181.

Jeżeli tworzysz jakikolwiek świat, pamiętaj, co by zostawić weń choćby windę czy kosmiczny statek. Nawet prostą rakietę, parowóz, też pomysł. Samochodzik bez OC, starość. Magiczną latarnię, dziurkę w kapeluszu lub... idzie wymyślać bez końca. Cokolwiek w każdym razie pozwalającego to miejsce opuścić.

sobota, 13 czerwca 2026

180.

Dokąd tupta nocą jeż?

Z lekka zwalniające słońce, z tym pomiędzy nim a w dal się ciągnącą podróżą - niebieski kredens i krzesła. Parująca na zachód herbata. Wiatr do towarzystwa - pomiędzy nim zaś a w dal się rozciągłą... cokolwiek by więcej, będzie to zbyt dużo.
Za ciężko, a...

stałe, niepomierne. Ciche..., usycha z tym drobno przy końcach. Gdyby jeszcze trochę - to znowu, za dużo. I dalej - na zachód - herbata. Śpiący jeż w rogu stołu.

Niebieski kredens i... (bujane), w kącik purpura za oknem. Ciemniejsza, a z czasem płochliwa, okno poddaje granatom. W granatach więc rosną drzewa. Są ścieżki liści po słońcu, nad nimi - po gwiazdach - są ptaki. Właściwie weń tylko je słyszysz. A mówią, że kiedyś tu wrócisz..., być może. Gdy najdzie cię znowu potrzeba, przyjdę, by w czas, że powrócę na zawsze...

po ścieżkach liści, na zawsze na zachód... herbata. Na zawsze, powiedzą ptaki.
Śpiący jeż w rogu stołu, a kiedy otworzy oczy, jak snu zeszłej nocy, tak samo, nic już nie będzie pamiętał. 
Jak snu zeszłej nocy, nie będziesz pamiętał podróży. 
Tak samo.

sobota, 30 maja 2026

179.

Chowawszy się wewnątrz przed światem, nie gdzie indziej jest lepiej... - pod kloszem w witraż ciętym na ciepło się ćmiącej w noc lampy - na ciężkim wiktoriańskim biurku, mając w towarzystwie niewięcej, co garść w rubin ciemnych, mieniących się w świetle historii. Dobrą kawę...
Tak gdyby to było możliwe, i tytoń. Zaś z uchodzącym nad dymem, leciałyby weń szklane ptaki..., być może od dymu powolnie zachodzić by mogło ze szkła lane słońce, czerwone. Na czerwień kwitłyby drzewa - ze szkła, z nimi dalej..., to gdy się przypatrzeć, witrażem by były historie. Ławki w parkach, jak szklane po domach dachówki, purpurą się szklące jeziora, jak... i ktoś się szykuje do drogi - ze szkła - coś, za czym bardzo tęsknimy. Coś, co mieliśmy zapomnieć, a czasem, być może, i o czym zapomnieliśmy, co z czasem w nas, płonące, zmarło - w blasku jarzącej w noc lampy - i szklani by byli też ludzie.
To wszystko...

...od nowa, by z czasem... przepali się w lampie żarówka. Spali tytoń, a wówczas - tam, w świetle księżyca... leciałyby weń szklane ptaki..., być może od chłodu powolnie zachodzić by mogło ze szkła blade słońce. To księżyc. I bielą by kwitły drzewa (wiśnie?) - ze szkła, z nimi dalej..., gdy znów się przypatrzeć, to znowu, witrażem by były wspomnienia. Ławki w parkach, jak szklane po domach dachówki, błękitem przymarzłe jeziora (To zima?), jak... i ktoś się szykuje do drogi - ze szkła - ktoś, za kim bardzo tęsknimy. Ktoś, kogo zapomnieliśmy, a czasem, być może, kogo nie można zapomnieć. Coś, co w nas dawno zamarzło - w cieniu przepalonej lampy, w blasku zza okien księżyca - szklanymi by byli też ludzie.
To wszystko.

...

poniedziałek, 25 maja 2026

178.

Co można by zmieścić w drewnianej na jesień skrzyneczce...? Cóż, być może marmurowy dom nawet, a taki, że widzieć go można tylko od środka, zważywszy, że wszędzie wokoło... ciągnąć się będzie po bezkres - mieniący się w świetle ocean. To jedna jest z tak wielu kwestii, które weń warto umieścić.
By dalej - bukiet czerwonych kwiatów i stolik. I pełna kolekcja Lema. Z nią głębiej - eh, a choćby wszystko. To bardzo duży dom, jest zaś tak wiele rzeczy, które by warto w nim...

Widzieć go można tylko od środka (już było), że zdaje się, nic się poza nim nie kryje. Nie czeka cię żadna przygoda. Po nocy przyjdą dni ciepłe, by po nich.., to znowu, w dal toń miała odbijać gwiazdy. Jak lustro. Jak zawsze, nic za nią więcej nie będzie. Czy takim będzie mój koniec?
...

Im dłużej chodzić po świecie, miewa ten nadto aż końców, że zdaje się - złapiesz swój jeden prawdziwy - rozwidla się na zachodzie. Ciągnąc się tam, na południe, zostawia nadzieję na noc, śniąc z tobą przepiękne rzeczy. To długie w przyszłość historie, a w noc, że cię jeszcze czekają, przypominają po cichu. Z tym warte przeżycia rzeczy, już było. Długie, przepiękne historie...

Czy kiedyś wszystkie się skończą? Bo przecież (na pewno?), być może marmurowy dom..., ten nigdy nie istniał naprawdę. Był zwidem tylko, ułudą, z tym widziałby kto, że po prawdzie, zmieścić się cały mógł w skrzynce? 
Być może taka jest prawda..., być może się nigdy nie zmieści.
...

Co można by zmieścić w drewnianej na wiosnę skrzyneczce...? Cóż, być może marmurowy dom nawet, a taki, że widzieć go można tylko od środka, zważywszy, że wszędzie wokoło... ciągnąć się będzie po bezkres - mieniący się w świetle ocean..., jak długie, przepiękne historie... Nie wiem. Jak w kontrast czerwone kwiaty. I stare tomiki poezji, i..., na pewno jest nadto aż rzeczy, które by warto weń...