Spokojnie falująca zieleń po czasie zmienia się w pomarańcz; to by runąć wniwecz, poddana wzmagającym wiatrom, niosącym chłodny posmak nocy. Nie ma ptaków, świerszczy, nie ma tego, co zwykle mogłoby jej towarzyszyć, prócz w dali migoczących świateł, do których, tak czuję, nie można już będzie się dostać.
Można przejść do wagonu jadalnego, zjeść sernik, nie będzie to miało znaczenia. Zakołyszą się lampy, wpadnie nieco bieli, a ktoś nam podsunie herbatę. Zimną whisky.
I być może nie będziemy sami.
Zakołyszą się lampy, spadnie gwiazda, na szczęście.
A nasze modlitwy być może zostaną wysłuchane...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz