Translate

piątek, 18 września 2026

192.

Gdzieś zaś w oddali..., obok kóz to i gdzie zgubione biega światło, widzieć można było przestrzenie, po których, patrząc koło, nikt by się nie spodziewał, że rychło prowadzą do końca. Końca różnie widzianego, to prawda, jednak w tym wszystkim... najlepiej było widzieć twarze; uświadomione, że podróży tej nie da się opuścić. Że nikt weń nie spyta o zdanie, a choćby o bilet, gdyby nawet - znajdzie się on, ot, to w kieszeni - płaszcza, sukienki, drugich spodni czy tego, co mamy ze sobą. 

Spokojnie falująca zieleń po czasie zmienia się w pomarańcz; to by runąć wniwecz, poddana wzmagającym wiatrom, niosącym chłodny posmak nocy. Nie ma ptaków, świerszczy, nie ma tego, co zwykle mogłoby jej towarzyszyć, prócz w dali migoczących świateł, do których, tak czuję, nie można już będzie się dostać.

Można przejść do wagonu jadalnego, zjeść sernik, nie będzie to miało znaczenia. Zakołyszą się lampy, wpadnie nieco bieli, a ktoś nam podsunie herbatę. Zimną whisky. 
I być może nie będziemy sami. 
Zakołyszą się lampy, spadnie gwiazda, na szczęście. 
A nasze modlitwy być może zostaną wysłuchane...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz