Translate

wtorek, 22 września 2026

193.

Zaś po ścianach, gdzie rusz to, gdzie pozwalał pęd biegnący paproci, wisiały plakaty okładek. Regał kosmicznych statków z tym drewniane pudełko na życiowe błędy - i tu się oparła paproć. I ja oparłem oń fajkę.
Otworzyłem okno, przewietrzyć, zaś... w seledynie po dal biegnącego poranka mieniący się światłem ocean - odbijał lecące ptaki...
I wleciał samolot z papieru, to jak wczorajsza gazeta, wspomnienie czegoś innego, jak...; i włączył radio... szum - byliśmy już za daleko.
"Eden" Stanisław Lem, gdzieś musi istnieć piękniejszy.
Czerwona kontrolka, jesteśmy już bardzo blisko...
Z nagła syk... Piknięcie. 
...

Koniec to... martwy spokój zegarów.
Szum..., to tylko ocean.
...

I cisza.
Wyłączył się ekspres do kawy.

piątek, 18 września 2026

192.

Gdzieś zaś w oddali..., obok kóz to i gdzie zgubione biega światło, widzieć można było przestrzenie, po których, patrząc koło, nikt by się nie spodziewał, że rychło prowadzą do końca. Końca różnie widzianego, to prawda, jednak w tym wszystkim... najlepiej było widzieć twarze; uświadomione, że podróży tej nie da się opuścić. Że nikt weń nie spyta o zdanie, a choćby o bilet, gdyby nawet - znajdzie się on, ot, to w kieszeni - płaszcza, sukienki, drugich spodni czy tego, co mamy ze sobą. 

Spokojnie falująca zieleń po czasie zmienia się w pomarańcz; to by runąć wniwecz, poddana wzmagającym wiatrom, niosącym chłodny posmak nocy. Nie ma ptaków, świerszczy, nie ma tego, co zwykle mogłoby jej towarzyszyć, prócz w dali migoczących świateł, do których, tak czuję, nie można już będzie zawrócić.

Można przejść do wagonu jadalnego, zjeść sernik, nie będzie to miało znaczenia. Zakołyszą się lampy, wpadnie nieco bieli, a ktoś nam podsunie herbatę. Zimną whisky. 
I być może nie będziemy sami. 
Zakołyszą się lampy, spadnie gwiazda, na szczęście. 
A nasze modlitwy być może zostaną wysłuchane...

niedziela, 13 września 2026

191.

Zastanawiające jest, jak można przejść tak wiele dróg, a nie znaleźć tego, co innych zdolne jest złapać, wydaje się, za każdym kolejnym krokiem. I to też, że ostatecznie nie mam bladego pojęcia, jak mam zachować się w większości sytuacji, które spotkają mnie w życiu. W większości tych najważniejszych. Wolałbym wówczas myśleć, jest jakiś kolejny świat, w którym nasze wybory stąd, za tym - ich konsekwencje, ostatecznie tam, gdzieś w nienazwanym "tam"... nie będą mieć dla nas znaczenia, większego przynajmniej, niż tego wszystkiego wspomnienie, którego konsekwencji nie trzeba już ciągnąć za sobą. Że będzie tam więcej czasu, prób, dobrych rad, a dalej - więcej z tym możliwości. Że będę mógł spróbować raz jeszcze - to, czego tu nie potrafię. Czy zrobiłbym cokolwiek innego? 
Chciałbym więc, żeby był on łatwiejszy. Nie aż tak samotny z tym... najlepiej, co by odpowiedział, gdyby umiał mówić, niczego nikomu nie muszę już udowadniać. Że wszystko to się skończyło, ot, koniec, że można odpocząć. Że można usiąść w pokoju, włączyć lampkę i napić się ciepłej herbatki. Nastawić radio. I nie musi to wcale do niczego zmierzać. To wystarczy. Nie trzeba nigdzie iść, niczego mówić. Nikomu. O nic nie trzeba zabiegać. Niczego więcej osiągać... Niczego to nie dowiedzie. To wszystko. Jestem wolny.
Że można zawsze stąd odejść, gdzieś w nienazwane "na zewnątrz", owszem, wziąć plecak, płaszcz, a z czasem... włożyć doń znowu kilogramy celów. Konieczności, powinności. Jak trzeba się będzie zachować; i reszty stąd tałatajstwa. To znowu, znowu i znowu... Można do tego wrócić. Można się zastanawiać, jak zrobić wszystko dokładnie, co zrobić wówczas należy. 
I kiedyś..., jak zawsze, będzie tu można wrócić. Na powrót. I nikt nas nie spyta o powód. Sam siebie o niego nie spytam. Wróciłem, po prostu.
Mam nadzieję, że taki istnieje. 

Choć jeśli nawet, ten... nie ma mojego imienia. Nie potrafię stać się tym światem dla samego siebie. Mogę go opisać, choćby nawet zgrabnie, stworzyć go nie potrafię. Nie potrafię odpuścić. Nigdy tego nie zrobię.

czwartek, 3 września 2026

190.

Bezdomny

Zachód...
Słońce oparło się promieniem
O na wpół spróchniałą gałąź.
Odleciały zeń ptaki,
Kracząc...

189.

Zachód w dolinie

Obok poczerwieniałych domów
późniejszym zachodem...
Liczymy płonące po horyzont
Chmury.
...

Dzieci bawią się,
A ci, co nie ujrzą dnia,
Wskazują ptaki...
Te wpierw duże...,
Małe nikną, palone w nurkującym słońcu.

188.

Złomowisko

A wśród starych
I wyblakłych już gwiazd,
Dawno skarłowaciałych,
Rozciągał się - jak ocean - Bóg.

Z góry widziałem
Stare, opuszczone rakiety,
Pluszowego psa bez oka;
I remizę plastikowych strażaków...
...

Odwróciłem wzrok -
Jaśniało niebo...
Wyrzuciłem ostatnie yoyo;
I poszedłem spać.

187.

Tym, co polecą z nami w gwiazdy

Chwila -
Zapłonęła zakurzona,
Wpół widoczna dioda starego radia.
Trochę szumów…, 
I tak niczego nie wyłapie.
Od dawna nikogo tu nie było;
I nikt nic tu nie mówił.

Chwila -
Zgasła.
A przez ten urywek czasu 
Ziemia odsunęła się odrobinę od Słońca...
Spadło kilka liści, była jesień.
Osiadło na mnie trochę kurzu…,

Ale ktoś złapał w tej chwili moją rękę.
Musieliśmy lecieć.