Translate

sobota, 15 sierpnia 2026

185.

Falują po cichu po polach rdzawe od słońca kwiaty, gdy ciemnieje niebo. 
Gdy wszystko na ten krótki moment wydaje się być wiele cichsze... rosną gwiazdy - po polach - że można by wcale przypuszczać - są niby maleńkie dziurki, jak bywa na kapeluszach, gdzie ten na poważnie - jest zupełnie w innym miejscu; w którym świeci słońce.

Żegnając dzień, widać pole... I dłuugi w gwiazdy teleskop. Stary dom, biały kot i dłuuuga po szczyt dnia latarnia, paląca ogniem za słońce, by w nocy bielić... przez krótki seledyn wieczoru; bo tutaj nie ma księżyca.
Ale pamiętam księżyc.
...

"Jedna dziurka jest większa, z pewnością Gwiazda Polarna; tu sobie tylko znanej, wyjątkowej nazwie."
...

"Targ nocnej muzyki - grupa wędrownych istot, sprzedających cokolwiek, mającego wybić z nudnej powtarzalności jutrzejszego dnia, choćby białe koty. Puszczają fajerwerki, przede wszystkim grają, to śpiewając pieśni, mające rozgryzać gwiazdy. I miejsca, co kryją za sobą; w których świeci słońce, co bywa i u nas."
...

I perlisty róż poranka, i pole... Wielkie po horyzont pole, jak wody ciągnące ze sobą w dal - dom, tu robiący za statek.

"Biały kot z rana się myje, to raz. Dwa, to patrzy w niknące gwiazdy, to potem (musi być teraz tam noc). Podchodzi do mnie, a z braku zainteresowania tematem wraca i myje się dalej, jak co dzień, dopijam z nocy herbatę."

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

184.

5:25, wtedy to, jak i co dzień, i tak każdym razem - podjeżdża tu dla nas - to stary, na brąz cięty wagon, o w takt z wschodem zgranym, eleganckim wnętrzu, gdzie rosę zaś z rana zastąpić by mogło w czerwień, proszę, wino. Dziękuję. Na mahoń obicia, by do tych - obszyte w purpurę siedzenia. W heban ławy z zielonym, firanki - na ciemno. Talia kart z popielniczką. I może jeszcze raz jeden..., i wino. Nie, może czarna herbata. Nad - wiszące lampy - naokół, haczyk na kapelusz. Papieros, jak błogosławieństwo. Z tym i wiele światła, zza okien - z turkusu w czas pali w pomarańcz..., jak wyjrzeć, po czerwień przez w fiolet - do nocy (więc granat?), więc może jeszcze raz jeden..., niech czerwień nam leci przez lampy, niech ćmi się pod rytm, do muzyki - na ciepło..., czeka nas długa podróż, więc..., to znów, raz tylko jeden... saksofon - na trochę dobrego jazzu. Gołąb - na brzegu oparcia. I jeszcze haczyki - na płaszcze, wziąłem dziś kilka ze sobą.
I wino na..., to już ostatnie.
Kapelusz.
...

Ćma, uchylone okno. Muzyka. A pędzi ten zawsze po wodzie. W dal w wodę prowadzą szyny. W dal... kilka sodowych latarni. I kilka listów po drodze, jak stacji, jak kilka pocztówek z życia, i..., więc może jeszcze raz jeden... Zdecydowanie, będzie to trochę zbyt dużo. 
5:25, a jeśli kiedyś się spóźnię, miłość zatrzyma po drodze, dłuższe przypadną lata... A jeśli kiedyś ucieknę czy może po prostu... się spóźnię, zaczekam. Jak zawsze, jak co dzień na..., to znowu (i potem będzie tak samo), na stary, w złoto cięty wagon, o w takt z wschodem zgranym, eleganckim wnętrzu - na granat, powiedzmy, tym razem. Na..., może jeszcze raz jeden...
Och, proszę, tak dawno nie było.
Papieros.

czwartek, 9 lipca 2026

183.

Gdzie wszystko w wieczorze, wstęp do mglistej nocy... powolnym jest oraz zastałym. Gdy się przypatrzeć, nadto spodziewanym. Z dalą wyrosłe w seledynie wzgórza... pod w bordo pogasłe czerwienie, wykwity - jak malutkie słońca, tam, gdyby zeń spojrzeć, z wysoka, nic też, co już się zdarzyło, to nic z tym, w dal, co wprzód się zdarzy... Zakończy... I kilka ostatnich błękitów.
I wszystko. Nic nas już nie zaskoczy.

Z wiatrem przeleci kapelusz...

I to też, rzecz jasna. 
W czas, wzniecą się ognie, do późna, oziębłe światłem księżyca - w czas - w seledynie zaś wzgórza okażą się dla nas znudzonym po niebie konturem, ułudą..., zejdź ze mną

z wiatrem..., kolejny zbłąkany kapelusz.
To także.
...

Gdzie z każdym kolejnym w dół krokiem, tak dobrze poznane wieczory (i wszystko) ustąpić po noc muszą gwiazdom. To koniec. Z początku niewinnie, po cichu, z lekka dostrzegalnie - padają te naraz..., nieważne. Bo jeśli, przyjdzie, żadna nas nie usłucha, tak z każdym kolejnym w dół krokiem..., przyjdzie, jaśniej. To kilka pierwszych błękitów. W pomarańcz wzniecone czerwienie, wykwity - jak malutkie słońca, pamiętam. I wzgórza. Że kiedyś gdzieś je..., wiedziałem, że z wiatrem przeleci kapelusz..., to było. 
Być może.
Przetarłszy oczy, przez okno wyjrzymy na drogę. Daleko. Mamy cały dzień...
Pójdziemy.
Nic nas już nie zatrzyma.
I nic nie będziemy pamiętać. 

czwartek, 25 czerwca 2026

182.

Na małej, zielonej krawędzi gaśnie niebo. Gdzie po nim, w dal... girlandy spadających gwiazd, że, zdaje się, nic po nich więcej nie widać. Gdzieś dalej, być może, lecz tu..., lecz tej nocy, nam - gaśnie niebo... to w małym, marmurowym domku, w resztce światła. Za oknem - w chybiącej się w wietrze latarni, jak w statku - w strzeliście kosmicznym statku - pod niebo... Jak w kwiatach. Jest tutaj coraz mniej kwiatów.
Na małej, zielonej krawędzi, tak drobnej, że ledwie tę... gasną gwiazdy. I księżyc gaśnie za oknem. I dalej, jak dojrzeć, nigdzie to przecież nie zmierza. Gasną wizje. Gdy miłość zgasła ze świata, na małej, zielonej krawędzi..., tam... żadnej krawędzi już nie ma. Gdzieś indziej, być może, lecz tu..., lecz tej nocy, nam - niczego więcej nie będzie.
Nim cały świat zgaśnie do końca, błysk, światło, rezerwa paliwa. Błysk, zapłon - raz - cienie za oknem - niczego więcej... Na czerwień przyćmione lampki - błąd - dwa - błysk, iskry - trzy - raz jeszcze, ostatni, a choć to donikąd..., dasz radę w iskrzeniu zobaczyć - byliśmy tu - na małej, zielonej krawędzi gasło niebo. Gdzieś po nim, w dal... girlandy spadających gwiazd, że... Nic po nich więcej nie widać. 
Niczego więcej.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

181.

Jeżeli tworzysz jakikolwiek świat, pamiętaj, co by zostawić weń choćby windę czy kosmiczny statek. Nawet prostą rakietę, parowóz, też pomysł. Samochodzik bez OC, starość. Magiczną latarnię, dziurkę w kapeluszu lub... idzie wymyślać bez końca. Cokolwiek w każdym razie pozwalającego to miejsce opuścić.

sobota, 13 czerwca 2026

180.

Dokąd tupta nocą jeż?

Z lekka zwalniające słońce, z tym pomiędzy nim a w dal się ciągnącą podróżą - niebieski kredens i krzesła. Parująca na zachód herbata. Wiatr do towarzystwa - pomiędzy nim zaś a w dal się rozciągłą... cokolwiek by więcej, będzie to zbyt dużo.
Za ciężko, a...

stałe, niepomierne. Ciche..., usycha z tym drobno przy końcach. Gdyby jeszcze trochę - to znowu, za dużo. I dalej - na zachód - herbata. Śpiący jeż w rogu stołu.

Niebieski kredens i... (bujane), w kącik purpura za oknem. Ciemniejsza, a z czasem płochliwa, okno poddaje granatom. W granatach więc rosną drzewa. Są ścieżki liści po słońcu, nad nimi - po gwiazdach - są ptaki. Właściwie weń tylko je słyszysz. A mówią, że kiedyś tu wrócisz..., być może. Gdy najdzie cię znowu potrzeba, przyjdę, by w czas, że powrócę na zawsze...

po ścieżkach liści, na zawsze na zachód... herbata. Na zawsze, powiedzą ptaki.
Śpiący jeż w rogu stołu, a kiedy otworzy oczy, jak snu zeszłej nocy, tak samo, nic już nie będzie pamiętał. 
Jak snu zeszłej nocy, nie będziesz pamiętał podróży. 
Tak samo.

sobota, 30 maja 2026

179.

Chowawszy się wewnątrz przed światem, nie gdzie indziej jest lepiej... - pod kloszem w witraż ciętym na ciepło się ćmiącej w noc lampy - na ciężkim wiktoriańskim biurku, mając w towarzystwie niewięcej, co garść w rubin ciemnych, mieniących się w świetle historii. Dobrą kawę...
Tak gdyby to było możliwe, i tytoń. Zaś z uchodzącym nad dymem, leciałyby weń szklane ptaki..., być może od dymu powolnie zachodzić by mogło ze szkła lane słońce, czerwone. Na czerwień kwitłyby drzewa - ze szkła, z nimi dalej..., to gdy się przypatrzeć, witrażem by były historie. Ławki w parkach, jak szklane po domach dachówki, purpurą się szklące jeziora, jak... i ktoś się szykuje do drogi - ze szkła - coś, za czym bardzo tęsknimy. Coś, co mieliśmy zapomnieć, a czasem, być może, i o czym zapomnieliśmy, co z czasem w nas, płonące, zmarło - w blasku jarzącej w noc lampy - i szklani by byli też ludzie.
To wszystko...

...od nowa, by z czasem... przepali się w lampie żarówka. Spali tytoń, a wówczas - tam, w świetle księżyca... leciałyby weń szklane ptaki..., być może od chłodu powolnie zachodzić by mogło ze szkła blade słońce. To księżyc. I bielą by kwitły drzewa (wiśnie?) - ze szkła, z nimi dalej..., gdy znów się przypatrzeć, to znowu, witrażem by były wspomnienia. Ławki w parkach, jak szklane po domach dachówki, błękitem przymarzłe jeziora (To zima?), jak... i ktoś się szykuje do drogi - ze szkła - ktoś, za kim bardzo tęsknimy. Ktoś, kogo zapomnieliśmy, a czasem, być może, kogo nie można zapomnieć. Coś, co w nas dawno zamarzło - w cieniu przepalonej lampy, w blasku zza okien księżyca - szklanymi by byli też ludzie.
To wszystko.

...