Translate

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

176.

Mało jest rzeczy piękniejszych, choćby seks najprzedniejszy, jak bywa, święty spokój po dobrej przygodzie, co spotkać, zbłąkanym będąc po nocy, w dal wirującą grę świateł. Z początku tak ledwo, niekiedy, z cicha dostrzegalnie, by z czasem, po łebkach nadrabiając drogi, mieniły się w kojące barwy - za błękitnymi oknami - domów wiszących na sznurkach.

Domy wiszące na sznurkach, po sznurku sięgając nieba, nie wiedzieć, gdzie w górze dokładnie się splotą - to niknąc pode gwiazdami. 
A zresztą... te nie istnieją naprawdę. Są jakby cienka granica, jak pocieszenie, być może, jedna ta sama ułuda, co obietnica na wiosnę. To jakby gorąca kawa, tak są odpoczynkiem. Wytchnieniem przed nową podróżą, jak wyczekiwaniem... Bo kiedy noc ta się skończy, staniemy się kimś zgoła innym. Kimś..., to dobre słowo, nikt nas nie spyta o zdanie.  
Zaś noc..., bywa, że jest bardzo długa... Że lecą po niej balony, tląc ogniem, jak słońce. Dzieci puszczają latawce - to ptaki. A świeczka... Co i rusz to, jak spojrzysz, ta nigdy nam już nie dogaśnie. To prawda? Nie, to nie może być prawdą. W istocie. Istotnie to tylko ułuda. 
Szukamy w niej z rana osoby. Tak jasnej, prawdziwej i niemej, by z czasem, a bywają tacy, mieć po niej tylko nazwisko - czym prędzej kreślone na kartce, jak drobną nadzieję z przeszłości. Czy kiedyś jeszcze ją znajdę? Kogoś obiecałem znaleźć..., tak!
W istocie, niektórych noce bywają tu bardzo długie...

Domy wiszące na sznurkach. Pojęcia z tym nie mam dokładnie, gdzież one na mapie się mieszczą, to równie, jak zliczyć mi próżno obrazów, co dostrzec przyjdzie w ich wnętrzu. Jak książek, co znaleźć je mógłbyś po półkach. Jak ludzi..., co, nocą czytawszy, kreślą kolejny dzień życia. Czy może ono być prawdą? Być może, za dnia, lecz tej nocy...

Domy wiszące na sznurkach. To domy z parasolami, a choćby zechciała takie licha spod deszczu osoba, te, mrugnąć, a w mig się pojawią. Można się uzależnić. Choć noce więc tutaj przesadnie bywają nam, ludziom, długie..., 

Tak kiedyś wszystkim się skończą. Jak dawniej, tak z kolejnym wschodem... mozolnie przetrzemy powieki. Spotkamy nowe osoby. Wpadniemy w srogie kłopoty i będzie... na zabój się zakochamy, być może. Gdzieś świeczka spieszniej nam zgaśnie, gdzieś latać będą balony. Gdzieś przyjdzie, że  naprzykrzą nam się do bólu najprawdziwsze ptaki! Ha!
A teraz..., czy teraz będzie to prawdą?
...

Ktoś skreśli coś znowu na kartce, pobiegnie gdzieś prędzej zobaczyć...

Domy wiszące na sznurkach. 
Dom z błękitnymi oknami.

niedziela, 22 marca 2026

175.

W jaki sposób latają magiczne kapelusze?
Za sprawą magii, oczywiście! Taka odpowiedź dobra by była dla dzieci, ale... wszystko to wydaje się bardziej skomplikowane, stąd słuszne jest z tym pytanie, skąd w zasadzie się ona weń bierze... (Wzięła?)
A może..., czym magia ta jest w istocie?
To dobre.

Na ten moment - kompletnie nie mam pojęcia, jedno, że wcale wolne to duchy, gdzie od nich tylko zależy, na której odpoczną głowie. To w jaki krój się przyzdobią, z tym również będzie to prawdą, co znaleźć przyjdzie w ich wnętrzu...?

I kiedy od nas odlecą... A jeśli już to nastąpi..., czy w ogóle jeszcze powrócą?
Chyba powrócą, ty też masz takie wrażenie?
Chyba tak... Chciałbym.
...

I jakby jaskółki na wiosnę, tak kiedy w końcu nas znajdą, czy wiedzieć będą, gdzie lecieć? Że nisko na deszcz, czy wskażą nam dobrą drogę? 
To nawet, da się wygodnie w nich mieszkać? I... to nie jest drobna przesada, osiedlić się w kapeluszu?
...

Być może... sam kiedyś na to odpowie. Co do mnie, wątpię, że jest to możliwe. Bezsprzeczne jest, z tym warto by spojrzeć w niebo, te nadal gdzieś tam istnieją, ba, sam kiedyś jednym leciałem, choć dzisiaj już, obawiam się, nie zdołałbym go rozpoznać. Przynajmniej już nie inaczej, jak zwykły z co dzień kapelusz. 
...


174.

Teoria o tym, że jestem gulaszem węgierskim nie jest bezpodstawna, i owszem. Jednako ta także, że w nieodległej przyszłości zamierzam przejść proces odwracalnej miniaturyzacji - podobnie - a takiej, to żebym zmieścić się mógł w domku nie większym, co mieszczącym się cały w łupince orzecha włoskiego. Ważne z tym jest, by przemiana ta, zgodnie z wolą, mogła być odwracalna, to żeby niekiedy jeździć móc autobusem. Na ten moment potrzebne czary posiadam na jednorazowy proces - całkiem permanentny.

Kolejne lata zatem pragnę poświęcić na podróż po bożym świecie w poszukiwaniu mitycznego kotka Anastazego, który, jak głosi legenda, swego czasu opanował tę sztukę do końca. Potrafił zmniejszać się do rozmiarów i mniejszych od chomika dżungarskiego, mówią, gdzie dalej, zaskarbiając sobie zaufanie myszek (poliglota, znał wszelkie mysie dialekty) powiększał się naraz, łykając je w kolejności.

Ostatnim razem lewitował we wschodnim Tybecie...

173.

Ulotne jest szczęście. I mało kto powie dokładnie, gdzie w zasadzie się ono znajduje... Powiesz, me szczęście kwitnie w spełnieniu. Jest w wyrażeniu się w świecie, powiesz, jest we mnie samej. Lecz czy naprawdę je czujesz? Widziałam go w drugim człowieku. Że bywa w miłości, lecz ono, zdaje się, przeszywa te wszystkie rzeczy. To czasem. A nieraz, jakby wąż, przemyka każde z nich obok. Mija miłość życia, bez słowa - omija nasze spełnienie. I leci gdzieś..., pionier - żółtodziób, w niezbadaną ciszę...

172.

A ciekawostką jest, ciągnął dalej - a chylił się im już wieczór - fakt także, że palimy tu dziś razem fajkę - jednako zgotowaliśmy sobie o wiele, wiele już wcześniej... Dodał, być może to nawet, czy pojmę, jak dobrze dmuchać zeń kółka...
...

Minął ich w pół szary gołąb...
...

To biorąc wdech - wiedz, było takie zdarzenie i było miejsce, przez które każdy z nas kiedyś przeszedł. Być może teraz tego nawet nie pamiętasz, lecz masz w sobie wielkie pragnienie. Potrzebę, dla której tu jesteś. To właśnie z jego powodu nawet tu teraz siedzimy... - nie kryjąc, jest mi z tym wcale przyjemnie - i przez nie także najpewniej się jutro obudzisz. Kogoś spotkasz, być może, i może wcale nie będzie to miłe spotkanie...
...

Dołem kilka osób wracało z wieczornej mszy, w górze majaczył im księżyc...
...

Przez swoje pragnienia obudzą się podobnie inni. Wiesz, był czas, kiedyś każdy z nas osiągnął swój kraniec świata... A biorąc głęboki oddech, niepewnym był kolejnego (a może niektórzy z nas byli go całkiem pewni). Ja w każdym razie nie byłem. Wyciągnął rękę ze swoją latarnią (są jak kapelusze, wszelakiego kroju, to bardzo potężne przedmioty i coś jest w nich magicznego, że zawsze nam stoją tuż obok), o to prosząc, co tylko mu przyszło do głowy. I każda jedna płonęła wówczas - to ciepłym, w dal biegnącym światłem. W dal pełną kolejnych, kolejnych latarni, jakby gwiazd, tak naraz się tlących po niebie. I więcej..., tym większym tylko płomieniem tyczącym dlań w ciemności drogę. 
...

Przerwa. Ktoś spytał się o godzinę. Ktoś..., może o drogę. Przemknął gdzieś czarny kot. A może..., a może przeszedł dostojnie...
...

Byliśmy pewni jej celu, nie tego, jak trudną dla nas być może. I z ilu latarni się składa, a w końcu, że to, o co poprosiliśmy, jawić się będzie tak różnie, pokrętnie, niż przyszłoby nam o tym marzyć. Nie można tego uniknąć. Nie można teraz zawrócić, lecz... przyjdzie czas, dojdziesz na swój kraniec świata. To znowu. I znowu... I znowu. A świat się dla ciebie stanie z tym jeszcze odrobinę większy. Jak długo ci to wystarczy... Nie wiem.
Jak długo by to nie było, gdy znów byś czego zechciała... Czegoś wielkiego, a może - zwyczajnie - rozjaśnić ciemność za oknem, zapalić światło w pokoju... czy... - znów jedno wystarczy - nad krańcem świata unieść w dal swoją latarnię (a jest coś weń magicznego, że zawsze...), by dalej - to znowu i znowu - pójść w świetle jej krętą drogą - po kraniec świata i ciemność.
...

Zaciągnął fajkę, minęła 21.
...


171.

Do rzeczy zbyt szybkich za wcześnie, spóźnionych nie w porę, do wszystkich z tych także biegnących pomału, niemniej, jak dziś pewien jestem, że w czas mi się zjawią te ważkie, co pewne stare, lecące w noc sanie, zawitać mogące do wszelkich wszechświatów. To dzięki małej, jarzącej latarni, tyczącej po niebie im drogę...

Bo istnieją w górze przewlekłe alejki, poskręcane drogi, są i ścieżki proste co noc to się tlące na nowo - to długim po horyzont światłem, światłem magicznych latarni - w mrok, gdzie nikt dotąd nie dotarł.

Że kiedy byś spojrzał z okna, jedno, co dostrzec - niknąca w dal długa droga, to znów co i rusz to - ciepłych, kojących nań świateł - jest bardzo dużo tam światła - wijąca się (dokąd?) po niebie...

Unieś więc rękę. I wejdź.

poniedziałek, 18 września 2023

170.

Jak kiedyś, tak gustując w drewnie, zmieniłbym wygląd pojedynczych scen weń, że dałbym im światło. I to rzeczywiście, gdzie spojrzysz, poświaty z latarni dają dobre cienie. Szczególnie w wieczory, jesienne wieczory, przy z rosy po świt mokrym drewnie. To tyle tylko i aż, a wskazując drogę - konkretne są w niej oraz stałe.
Sklepienie pod światłem księżyca... Gdzie w pary wiszące szaliki... wskazują go z wiatrem. Gdzie nocą mu, nocą, jak wyjdzie, więc nocy szczególnie przydałbym za oczy świetliki. Co rusz to się kręcą po niebie. Choć wyciągniesz dłoń, te... już są tu, aż nader blisko. Czekają, że... cmokają, to raz to, to plączą się, dwa, pacają o się i trzy - już płyną po sztormie w chaosie...(!), lądując zmęczone przy biurku. 
A biurko by było (z?) drewniane, o dziwo, z gorącą, jak z lipca herbatą. Przy kocie na blacie - z hebanu. Przy ulubionym batonie, to jeszcze - w parze z mleczną czekoladą.
Ale, ale..., to jeszcze nie koniec. W tym przykryłbym wszystko na w pół złoto liśćmi. Dzień dobry i "to do widzenia", piosenka, zgrabne życzenia. I że "udanej podróży!". 
I koniec.

Bo tak na pewno będzie. Mój przyjacielu, opuszczając sobie znane drzewa, jesienne, co i rusz to za krokiem - ustępują piaskom, a noce witają chłodniejsze. Jesienie... - jakby nie te już, nie dla mnie. W smak nie takie same, jak nic jednak stamtąd, tak aż są prawdziwe! I wschody, to bledsze, pełniejsze. Uczucia! Boże, jak nie byle jakie! I wiersze, czasami..., choć bielsze.
I wszystko to takie owakie.

Rafał Pigoń