Chciałbym więc, żeby był on łatwiejszy. Nie aż tak samotny z tym... najlepiej, co by odpowiedział, gdyby umiał mówić, niczego nikomu nie muszę już udowadniać. Że wszystko to się skończyło, ot, koniec, że można odpocząć. Że można usiąść w pokoju, włączyć lampkę i napić się ciepłej herbatki. Nastawić radio. I nie musi to wcale do niczego zmierzać. To wystarczy. Nie trzeba nigdzie iść, niczego mówić. Nikomu. O nic nie trzeba zabiegać. Niczego więcej osiągać... Niczego to nie dowiedzie. To wszystko. Jestem wolny.
Że można zawsze stąd odejść, gdzieś w nienazwane "na zewnątrz", owszem, wziąć plecak, płaszcz, a z czasem... włożyć doń znowu kilogramy celów. Konieczności, powinności. Jak trzeba się będzie zachować; i reszty stąd tałatajstwa. To znowu, znowu i znowu... Można do tego wrócić. Można się zastanawiać, jak zrobić dokładnie, co zrobić wówczas należy.
I kiedyś..., jak zawsze, będzie tu można wrócić. Na powrót. I nikt nas nie spyta o powód. Sam siebie o niego nie spytam. Wróciłem, po prostu.
Mam nadzieję, że taki istnieje.
Choć jeśli nawet, ten... nie ma mojego imienia. Nie potrafię stać się tym światem dla samego siebie. Mogę go opisać, choćby nawet zgrabnie, stworzyć go nie potrafię. Nie potrafię odpuścić. Nigdy tego nie zrobię.