Translate

wtorek, 25 sierpnia 2026

186.

Tuż przy widnokręgu, gdzie wszystko dotyka całą resztę nocy - wschodzi światło...

I tu do nas dotrze, to pewne..., lecz teraz - tu - szumią powolutku wrzosy, wokoło spadają liście, a pierwsze krople na tych, co zostały, zwiastują - nie będzie to nic poważnego.

W dali majaczy morze neonowych świateł, łuną zasnuwając gwiazdy. A choć stąd są te jeszcze, gdy zmrużyć oczy, widoczne, tak z czasem, stąd nawet, nic z nich nie pozostanie.
...

Był czas, przesiadywałem pod wiatą wyjątkowo długo. Miałem dwurzędowy płaszcz i brązowe buty. Miałem też niezły kapelusz. A wokół mnie rosły fioletowe wrzosy, z granatu biegnące w pomarańcz; było coraz jaśniej.
Były też samoloty, całe zrobione z papieru; jednak mówiąc do nich, to tak, jakby mówić do siebie, zatem ostatecznie - nie dowiedziałem się od nich niczego nowego. Mogłem je do kogoś posłać, to jakby pocztowe gołębie i jakby gdzieś posłać część duszy. Wiedząc jednak, że dolecieć by mogły do kogoś, do kogo dolecieć nigdy nie powinny, bez mojego wpływu, zaniechałem i tego po drodze. Wszak nie każda część duszy musi być tak samo mądra. Tak samo w każdym aspekcie. I moje też w wielu nie były.

W końcu odesłałem jedną po białego kota, był zwykle mniej więcej w pobliżu. I zawsze bezpiecznym wyborem.
...

5:25, to wyjątkowa godzina. Miałem dwurzędowy płaszcz i brązowe buty. Kapelusz, samoloty w teczce. Gwizd, buchająca para i kolejne krople, znaki, że trzeba się zbierać.
Wokoło, jak zawsze, niespiesznie falowały..., jak dawniej. Nade mną spadały liście. 
I prawie wszystkie opadły. Gdzieś w dali majaczące neony - nie zasnuwały już sobą żadnych napotkanych gwiazd. Bo żadnych gwiazd już nie było. I one nie były potrzebne. I zgasły. 
Zmrużyłem oczy, tu nawet - nic z nich nie pozostało.

Zamknąłem okno, bo przeciąg, do widzenia. A biały kot oblizał łapę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz