Translate

czwartek, 9 lipca 2026

183.

Gdzie wszystko w wieczorze, wstęp do mglistej nocy... powolnym jest. Gdy się przypatrzeć, nadto spodziewanym. Z dalą wyrosłe w seledynie wzgórza... pod w bordo pogasłe w bór słońce, wykwity - jak malutkie słońca, tam, gdyby zeń spojrzeć, z wysoka, nic też, co już się zdarzyło, to nic z tym, w dal, co wprzód się zdarzy... Zakończy... I kilka ostatnich błękitów.
I wszystko. Nic nas już nie zaskoczy.

Z wiatrem przeleci kapelusz...

I to też, rzecz jasna. 
W czas, wzniecą się ognie, do późna, oziębłe światłem księżyca - w czas - w seledynie zaś wzgórza okażą się dla nas znudzonym po niebie konturem, ułudą..., zejdź ze mną

z wiatrem..., kolejny zbłąkany kapelusz.
To także.
...

Gdzie z każdym kolejnym w dół krokiem, tak dobrze poznane czerwienie (i wszystko), ustąpić po noc muszą gwiazdom. To koniec. Z początku niewinnie, po cichu, z lekka dostrzegalnie, padają te naraz..., nieważne. Bo jeśli, przyjdzie, żadna nas nie usłucha, tak z każdym kolejnym w dół krokiem..., przyjdzie, jaśniej. To kilka pierwszych błękitów. W pomarańcz po bór rosłe słońce, wykwity - jak malutkie słońca, pamiętam. I wzgórza. Że kiedyś gdzieś je..., wiedziałem, że z wiatrem przeleci kapelusz..., to było. 
Być może.
Przetarłszy oczy, przez okno wyjrzymy na drogę. Daleko. Mamy cały dzień...
Pójdziemy.
Nic nas już nie zatrzyma.
I nic nie będziemy pamiętać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz