I wszystko. Nic nas już nie zaskoczy.
Z wiatrem przeleci kapelusz...
I to też, rzecz jasna.
W czas, wzniecą się ognie, do późna, oziębłe światłem księżyca - w czas - w seledynie zaś wzgórza okażą się dla nas znudzonym po niebie konturem, ułudą..., zejdź ze mną
z wiatrem..., kolejny zbłąkany kapelusz.
To także.
...
Gdzie z każdym kolejnym w dół krokiem, tak dobrze poznane czerwienie (i wszystko), ustąpić po noc muszą gwiazdom. To koniec. Z początku niewinnie, po cichu, z lekka dostrzegalnie, padają te naraz..., nieważne. Bo jeśli, przyjdzie, żadna nas nie usłucha, tak z każdym kolejnym w dół krokiem..., przyjdzie, jaśniej. To kilka pierwszych błękitów. W pomarańcz po bór rosłe słońce, wykwity - jak malutkie słońca, pamiętam. I wzgórza. Że kiedyś gdzieś je..., wiedziałem, że z wiatrem przeleci kapelusz..., to było.
Być może.
Przetarłszy oczy, przez okno wyjrzymy na drogę. Daleko. Mamy cały dzień...
Pójdziemy.
Nic nas już nie zatrzyma.
I nic nie będziemy pamiętać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz