Translate

wtorek, 11 stycznia 2022

94

Świat - niechybnie to suma wszelkich teoretycznych potencjałów obarczonych różnym prawdopodobieństwem ziszczenia, istniejąca niezależnie od czasu, będącym jednym z tychże.

Przy czym potencjał tożsamy być może z możliwością, ziszczenie zaś z determinizmem.

niedziela, 9 stycznia 2022

93.

A może być tak nawet, że nad istnieniem całym pieczę ma trzymać przetrwanie. Ot, chodziłoby o to, że wszystko, a choćby bezwiednie, czy żyjące by było, czy kamieniem, dążyć ma siłą jarzma natury do przetrwania. I tak, zaobserwujmy kiedyś, patrząc w kosmos, jak to, co większe, bądź też co posiada więcej energii, co też przekładać się będzie na bardziej agresywne z otoczeniem działanie, po kontakcie z obiektem w rozumieniu takim- słabszym, powoduje anihilację tego pierwotnej formy, zwykle na inną, przy tym również słabszą. 

Tak więc rozumiejąc, należy zauważyć i to, że wówczas nie tyle istoty żywe, co wszechświat cały podlegałby i żywej, i martwej też przy niej ewolucji, gdzie z jednej strony kwitłaby świadomość, rozum by się rozrastał, dając najdalsze, bo i najbardziej elastyczne przystosowanie, z drugiej zaś oczom naszym ukazujące się byłyby zderzenia kosmicznych brył, pozostawiające te tylko największe, a to nie tylko pod względem masy, lecz i najdalej reagujące z otoczeniem, najlepiej też w konsekwencji dostosowane do przetrwania, tu nieintencjonalnego oczywiście.

Nie tyle nie ma to sensu, gdy taki wniosek dodać, że na cokolwiek nie przyjdzie nam spojrzeć, w starciu z czynnikami zewnętrznymi, swoją formę pierwotną, choćby pod względem kształtu, zachowają obiekty najsilniejsze, największe, najbardziej sprytne w końcu, najlepiej więc przystosowane do warunków świata, do kontaktów z innymi obiektami, pal licho, czy będą te żywe, czy martwe. A zatem więc wszechświat cały byłby wielkim starciem, polem bitwy, walką o przetrwanie wszystkiego ze wszystkim, w którym to my, również pionki, możemy świadomie przyglądać się temu, jakież to czynniki sprawiać mają, że jedno, co widać, zmienić może, zniszczyć drugie, czyli to za jego żywym przyzwoleniem, czy martwą, nieożywioną ciszą.

piątek, 7 stycznia 2022

92.

O czym Państwo myślą, tak krocząc w meandrach znanych sobie własnej wyobraźni...?
Ja stworzyłem świat. Pamiętam, miał być wcale niezły. Kameralny a, po prawdzie, to nic zbytnio miało się w nim nie dziać. Ot, z początku były tylko gwiazdy. Więc chmary nierównomiernie naniesionych świetlistych, a tak, że tworzyć te mogły skrzące się gromady, podzielone ciągnącym się zewsząd ciemno-granatowym niebem. I musiał być zaraz księżyc- biały, rakieta, kiedy tej zabrakło- balon, i dużo trawy... Drzewo- najlepiej na lekkim wzniesieniu, rozłożyste, niech będzie, że jabłoń. I kilka książek Lema, i wiecznie gorąca herbata. Ławeczka.
Powiedzmy też, że był to smutny świat. On w jakiś sposób musiał po prostu być smutny, choć nic na dobrą sprawę złego nie miało w nim miejsca. Smutny, bezpieczny, bo pusty, niech taki pozostanie. I taki też, w którym czasem wybucha nieuzasadniony żadną sprawą śmiech, jakby po to tylko, by przykryć go miał na powrót ciągnący się, niekończący smutek... I senność. Bo tam też dużo myślało się o snach.
...

Podoba mi się chyba właśnie taki świat. Zdaje się, mógłbym w nim zamieszkać. Zwykłem do niego wracać zawsze wtedy, gdy tutaj czuję się bezdomnym. I radzę Państwu, bawiącym się w Boga, stworzyć także swój własny. A choćby, byście, kiedy ten nazbyt się zawali, mieli gdziekolwiek miejsce do kreślenia planów, jakże podźwignąć go na powrót z gruzów.
...

I jeszcze powinny grać w nim te same piosenki.

czwartek, 6 stycznia 2022

91.

Opowiem Państwu o koncepcji, do której doszedłem niegdyś, rozmawiając z kolegą. Otóż byłoby w niej mniej więcej tak, że istnieć mają niejako uncje świadomości. Jej, powiedzmy, cząsteczki, można rzec, że atomy. Zaś atomy te łączyć się mają, tworząc coraz to bogatsze struktury, i tak czyniąc w końcu świadomość psa, albo świadomość człowieka, w końcu świadomość jakiejkolwiek żywej istoty. Po śmierci natomiast cząsteczki te rozpaść się mają, a jako nieśmiertelne, stworzyć na powrót mogą jakąś inną świadomość, zdolną lub nie, w zależności od stopnia złożoności, do wykreowania unikatowej osobowości.

Koncepcja ta tłumaczyć by miała regresje hipnotyczne, cofanie się do rzekomych poprzednich wcieleń jednostki. Bo też dana osoba składać się miałaby z cząsteczek świadomości, które dawniej tworzyć miały albo nic, albo jakąś istotę, w tym prawdopodobnie również i człowieka, a zachowawszy jego wspomnienia, stanowiłyby one też "wspomnienia" nowostworzonej świadomości ludzkiej.

Koncepcja ta stwarza też karykaturalny model reinkarnacji, gdzie cząsteczki, które tworzyć mają nas, w przyszłości tworzyć będą, zachowawszy fragmenty naszej osobowości, zupełnie inną istotę, po wszelkie już czasy.

Mało jest to koncepcja przekonująca, to z wielu powodów, choćby na jakiej zasadzie cząsteczki miałyby funkcjonować, także jaka ich byłaby natura.

W krótkim rysie, cząsteczki takie tworzyć by miały coraz to bardziej rozwinięte struktury, dochodząc w końcu człowieka, więc również niejako podlegać ewolucji, jednak na cóż by im było te struktury jak najdłużej utrzymywać, to Bóg raczy wiedzieć. Problem, że nie można dać tu żadnego kreatora, który kazałby im się łączyć, jako że i sam kreator, świadomy przecież, winien być z nich ulepiony. Nie można dać cząsteczkom samym także natury jedynie materialnej, choć nie do końca, o czym niżej, duchowością zaś po pewnym czasie wytłumaczyć można wszystko. Podobnie można to wytłumaczyć symulacją, jakimś wielkim mózgiem itd.

Także koncepcja wskazuje finalnie jedynie na możliwość budulca świadomości, budulca stałego, a także na kwestię, że świadomość nie musi być w żadnym razie odseparowanym, indywidualnym, autonomicznym jedynie tworem, zaś strukturą zbiorową właśnie, dzielącą się chwilowo w celu... Być może od zarania świata istniała koncepcja natury, gdzie wszelkie, co istnieje, dążyć miało do przetrwania, łącząc się w coraz to większe, lepiej dostosowane struktury. Nie będę teraz tego rozwijał, załóżmy więc chałupniczo, że tak jest. Tyczy się to także i martwych tworów. Przetrwanie tyczyć się więc miało wszelkiego istnienia. I tak w jego toku wykształcić się miała także struktura świadomości, jako że ta wykazywała cechy najbardziej elastyczne przystosowawczo, więc też i, w skali kosmosu, obdarzona miała być największym prawdopodobieństwem przetrwania pod względem nie wielkości, a ilości i elastyczności właśnie. 

Choć też podoba mi się takie ujęcie z walczącym nawet i mimowolnie o przetrwanie samego ze sobą całego kosmosu, nie zaś tylko jego tej ożywionej części.

piątek, 17 grudnia 2021

90.

Smutne jest życie z czasem. Z czasem zmienia się w nim krajobraz, a dajmy to, piękne życie mają ci, którym po wysłudze lat prześwieca w nich słońce. I jakże, a to wśród białych ścian na kredycie, i jakże na środku chlupoty na zewnątrz i błota, jakże w tym wszystkim, co brudne, piękne jest zamknąć oczy, a to, by śnić, lecąc wśród utopijnych fantasmagorii, cośmy je sobie, a na ucieczkę od życia stworzyli.

Bajać o tym, co nigdy ma się nie wydarzyć, a z uśmiechniętą twarzą, w końcu cieszyć się w pracy, że raptem już tego wieczoru, przy świecach zamknąć przyjdzie nam oczy, udając się w życie kwitnące, z liśćmi na drzewach i tam, gdzie wszystko się udało, a nawet, jeśli kto chęć ma, gdzie istnieć mają i smoki. Uśmiechamy się, ślepi, jak szybko mijają godziny... Otworzymy oczy, nic nagle, naraz już noc, musimy iść spać, a to, by wstać znów i znów, jakże szybko mijają nam dni, na te kilka godzin, a to pośród białych ścian, zastygłego wosku, marząc znów też o kolejnym przy nowych świecach wieczorze.

Tym wszystkim więc, co zostawili ciało, może to i lepiej. Świat zwykle bywa jednak nudny. Bywa spóźniony i w niewłaściwym kolorze. Jeśli więc mamy przeżyć je szczęśliwie, niechże na boże podobieństwo stworzymy swój własny, a choć na sekund kilka, czym różni się ta ułuda od jawy, którą tej nocy jeszcze bezwiednie zostawimy dla smoków?

czwartek, 16 grudnia 2021

89.

Wśród lasów w jesieni, po piaszczystych drogach idąc, tak uważać trzeba, bo tych jeszcze, które niżej, myśli dojść w tych można...

A tak słyszałem, istnieć ma choroba, gdzie to w ciele ludzkim nie jedna, co znane, a wiele człowieczych ma się gnieździć twarzy. Osobowości wiele, toż więc imion przy tym, a tak te istnieć wespół z sobą mają, że gdy jedna taka przyglądać się ma pejzażom wyglądającym jej zza oka, tak pozostałe, o innych przecież, jak wyżej, imionach, o innych tych zgoła historii, a o tym samym tylko, w ciele jednym będąc, wyglądzie, jakby uśpione wiecznie, jakby istnieć nie miały, pojęcia nic mają i o swym istnieniu, i że bez nich teraz rusza się ich ciało, jedno tylko, mające w sobie przebudzone na te kilka danych jej jedynie chwil- inne całkiem, jakkolwiek i równe im jestestwo. 

Lecz czy inne z pewnością, tak, myślę, to pewne, jako że, prócz wyglądu, nic tych nie łączy. Od tych, co zmienne, a i zainteresowania, słownictwo, a po te i najskrytsze nasze cechy, które, choćby zmieniał się świat, a my odchodzili wraz z nim, i tak, póki widzieć możemy przez oczy i rozrzedzać myśli, wraz z nami wryte pozostaną. Tak też więc ich odmienność, i to myślę, możemy w tym miejscu założyć.

I zobaczmy, jakby w dygresji krótkiej, jak dalece kreślony obraz może być równy snom. Toż i we śnie, znikąd nagle, tworzeni przez, i Boga nieświadomy, mózg jesteśmy, a to wraz ze światem równie na noc jedną istniejącym, zdeterminowani, wodzeni, jakby lalki, pajacyki leśne po z góry upatrzonej przez "machinę" drodze, historii nam pisanej, fatum w końcu. Czym we śnie jesteśmy więcej więc, niż Edypem tylko? I to mało, pojęcia nie mając w dodatku, że ktoś istnieje obok, lecz to też mało, że ktoś, choć i tu, dla spokoju ducha, weźmy, że "coś" prędzej, będąc nad nami, stworzyło i nas, jak i całą przed sennym okiem historię, i wszystko też wraz z tym, o co możemy się potknąć, o co wesprzeć o czasie, co możemy zobaczyć, co za prawdę mając, niczym jest więcej, niż wodą na pustyni jawiącą się tuż przed śmiercią. I kogo spotkać w końcu, i kto też w majaku tym przytuli nas, pocieszy, a mówiąc nam szczerze (cóż ma znaczyć szczerze?), że nas kocha, w istocie nienawidzi, i że zaraz opowie nam swoją historię, która, choćby i sto lat w sobie zawierała, początek swój miała, nigdy nieziszczony, raptem i pięć sekund temu, stworzoną będąc, jak i my z nią i ze wszystkim, z czym we śnie powstaliśmy, na potrzebę nocy- przez nasz, a jak będę już niżej dowodził, nie taki nasz, jakby myśleć nim do końca, mózg.

Jakże to łączy się i równa z jawą, w której trwa choroba, co wyżej. Toż i w niej, twardej ziemi upatrując, znikamy więc we śnie, tworzeni, a w świecie czarów i ułudy, i niebieskich migdałów, a to tylko, by zniknąć z niego na powrót, znów ku jawie leząc, a o sobie, że to my, wiedząc, chwytawszy się pamięcią tylko poprzedniego i tego też, co przed poprzednim był, dnia.

I jak z jawą się równa, kiedy to w chorobie zniknąć naraz mamy, pod dyktando mózgu oddając swe miejsce innej osobowości, innej twarzy w końcu o innym imieniu. Innemu komuś, o którym pojęcia nie mamy, jak i tego też, że i on równie zniknie, nas z kolei budząc, gdyśmy uganiali się za księżniczką i motylkami w spreparowanym świecie, za prawdę te mając, w, równie bezwolnie, dzieło mózgu udając się niesfory. 

A biorąc to wszystko i to dodawszy, że my nie z mózgiem przecież się bratamy, identyfikując, mając go za twór nam podległy, hipokryci, za tego, co ma nam służyć, jako narzędzie natury, by uczynić "Nas", nas pisanych od wielkiej litery, koroną jej stworzenia, dojść wniosku można, że, w istocie, nie mózg jest naszym narzędziem, a my jego, kreowani przez niego, jak wyżej jest, i zmienni, wstawmy dumnie w tym miejscu swoje imię, narzędziem naszego mózgu- ot, nie inaczej, niż prawdziwej, jak natenczas, natury korony stworzenia. Nie my, lecz mózg nasz na podobieństwo Boga... Mózg nasz- cud ewolucji, w końcu "pupka ubóstwiana" świata. W końcu "Mózg" od wielkiej litery. Nie Bóg na obrazie Michała Anioła winien Adama muskać, co mózg wielki, różowy, powinien z Adamem się złączyć! A to, bo Adam jako twór mózgu swego powstał, i, bezwolnie, zniknąć może, a choćby w chorobie, na poczet Ewy, zniknąć w zamian za Pawła, w zamian za sierotkę Marysię. A gdy i chorobę pominąć, i tak zniknie, mój Boże, zniknie nam Adam tej jeszcze nocy w świecie czarów, królików z kapelusza i z innym imieniem, pojęcia nie mając, że jeszcze za jawy tak brakowało mu Ewy, uganiając się za Paulinką, Patrycją, Konstancją. A wszystkie one- znikną tej jeszcze nocy, bezwolne, jak i on, twory prawdziwie boskiego mózgu. Bo boska jest kreacja.

I tak myślałem, idąc wśród brązowych lasów, a nie sam, lecz wraz z bliską mi osobą- równie, jak ja, chwilowym przejawem mózgu, co zniknie tej jeszcze nocy, jakby nasz Adam wspomniany będąc, takich dochodząc z nią myśli, że też, skoro tak być może, a tak też jest, myślę, przecież, że to, z czym nam się identyfikować przyszło, więc z poczuciem swego istnienia, z imieniem w końcu, zniknąć naraz może kosztem czegokolwiek, co inne nam i obce...

Że nie dla nas mózg istnieje, my natomiast, co już wspomniane, a wyżej, dla mózgu. Że ten na końcu, na pohybel naszemu boskiemu królowaniu i anielskim zapędom, ewoluował. Nie małpa, nie człowiek. On, on jeden ewoluował, tworząc, jakby pazury, jakby zęby rekina, więc jako to tylko, co pomoże mu przetrwać wśród nieskalanej boską ręką głuszy. A weźmy, że była to osobowość, świadomość istnienia właśnie. I dajmy też, było to imię, a gdy ich przybyło, było i także nazwisko. Że byłem to ja i Ty, Adam, Ewa i ten, co pójdzie dziś na dwunastogodzinną nocną zmianę. A to, by zajmować się mózgiem, bojąc się destrukcji, bojąc się nie istnieć, bojąc się, że zniknie wraz z nocą w końcu, że, zastąpiony innym... Bo, w istocie, to mózg może nas zastąpić, to on może nam stworzyć historię sennych przywidzeń, które za życie słuszne uznamy, a i on był przed nami, w końcu też poruszy się ostatni, kiedy nas przy nim w równie ostatniej nam chwili zabraknie. Cóż więc po myśli, że my nad nim jesteśmy, skoro tej nocy, znikając, myśli takiej nijak nie stworzymy. On za nas trawi, oblicza, oddycha, w końcu cóż pozostało nam, niż nosić go w sobie, pozwalać mu istnieć, bojąc się swej zguby, jak i on nam pozwala, pozwalać ewoluować, przekazując go innym pokoleniom, to wiedząc też, że ten istnieć będzie, w genach nieśmiertelny, jakby boski, kreujący sny nowe i nowe też imiona i nazwiska, które przekażą go i dalej, i wciąż dalej, koronę stworzenia, do nienazwanych jeszcze przez nas lat.

Las, las, las w końcu i jesień. A to, postawię, moja ulubiona pora roku. I byłem w niej w pięknym miejscu, pamiętam. Niechaj więc tej nocy, kiedy zniknę na powrót, niech pojawię się, choć kto wie, czy ja..., a więc, dajmy, by ten, kto się pojawi, widzieć mógł, widzieć wszystkie te stworzone i senne, i widziane przeze mnie wizje. I by nie wiedział też, że znikną... wraz z nim, a już za chwilę..., już za pięć minut jakby, jeszcze dzisiejszej nocy... To piękna ułuda. Niech taką pozostanie. To piękne kłamstwo. I tym bezpieczniejsze w końcu, póki takim nie wydamy się za jawy, a wraz z nami także, nie wyda się takim życie.

Ada Cheeryclover 
Rafał Pigoń

poniedziałek, 29 listopada 2021

88.

Jakże Państwo sądzą, która lektura szkolna, z kanonu tych najdalej obowiązkowych, jest i także najwięcej życiowo przydatna? A taka, z której młodzi my wyciągnąć możemy lekcje, za których to nieprzestrzeganie i niewyciągnięcie zeń wniosków, życie smagać nas będzie w pupkę, boleśnie i z przyjemnością?

Do moich, niech będzie "Lalka" Bolesława Prusa. Toż to majstersztyk, a to dla młodego pokolenia, dzieło tłumaczące, jak to nie być uczuciowym desperatem, czującym przesadnie sercem, myślącym tą mniejszą główką. Jak też obrazującym, że, kiedy wreszcie, a to za naszą nieporadność i brak poczucia własnej wartości i szacunku do siebie, dostaniemy bęcki, położymy się na tory, wypatrując Bozi i pociechy na jej kolankach, nic to nam więcej nie da, niż tyle tylko, że ktoś nas uratuje w ostatnim, psim naszym momencie, byśmy w końcu dojrzeli naszą wierną, psią równie beznadziejność, upatrując swego myślącego organu w głowie prędzej, aniżeli w spodniach. Szacunek do pieniądza, szacunek do siebie- to powinienem napisać chyba w odwrotnej kolejności... mniejsza z tym jednak. I to mało, romantyzm- płytka gra idiotów, ludzi z kołyski, a jeśli żyć romantycznymi ideałami, idąc za lekturą, żyć miłością beznadziejną, nic zostanie, tylko wysadzanie zabytków, zostawianie prawdziwych przyjaciół, samobójstwo w końcu i sprzedanie majątku.

Jednakże lektura nie ostrzega przed miłością, a uczy, by myśleć cały czas, nie tracić racjonalnego ducha, w końcu nie rzucać się finezyjnie pod pociąg, bo chwalebne to nie jest, a głupie, śmieszne, pożałowania godne, by tylko. Uczy, jak to wokół nas chodzą, a chodzić będą niedojrzałe emocjonalnie dzieci, uczuciowe, spragnione miłości i uwagi wraki, pełno tych, którym to spojrzenie przelotne wystarczy, by ci, rzuciwszy się w natrętny wir pożądania miłości, utopili się w nim naraz, skończywszy najpewniej z uwagą, miast kobiety pięknej, lepkich ramion komornika.

A zatem więc, czytajcie "Lalkę", młodzi! Spieszcie się uczyć nie być desperatami! A może przyjdzie pewien czas, kiedy, choćby życie wasze kusiło..., staniecie obok torów, a odetchnąwszy z ulgą, przeliczycie pieniądze, kupując sobie wielkiego, czekoladowego pączka, dla smaku, a na pohybel diecie!

Poza tym, Łęcka złą kobietą była.

Piszcie Państwo, jakie, i dlaczego, są Wasze propozycje.