Translate

wtorek, 11 października 2022

140.

A działoby się to i w latarniach, i późniejszą nocą. I weźmy w dodatku, że na nocnej linii, więc "całkiem" po ciemku. Pomijając niepotrzebne, a i nudne wstawki (kto ogląda te wstępy?), chodziłoby o grupowe porno w autobusie, to i z grzybami, LSD wraz z lepszym też alkoholem, ten mieszać miałby się po czasie, to i sam ze sobą, z wyuzdanymi okrzykami nad esencją i sensem hedonizmu.

Kierowca, by nie czuł się, jak zwykle to bywa w tych filmach, zbyt samotny, zostawiając kierownicę w opiece jednej tylko ręki, miałby w kabinie swą alternatywkę. Ta, oddając się wespół oralnym uciechom, podsuwałaby mu co przystanek kreskę fety do popicia schłodzonym spirytem (korzystając z lodówki na wyposażeniu). A leciałby u nich "Jak minął dzień" Krawczyka, w kabinie pasażerskiej przygrywałyby na gitarach zaś nagie cyganki.

Twistem fabularnym mógłby być, to gdzieś w połowie linii, kontroler biletów, kończąc na vipowskim miejscu, więc z przodu, z azjatką na twarzy.

Wesoła ta, skoczna gromadka spotkałaby na krańcu instruktora ZTMu, który sprawdziłby, czy oby kasowniki są dziś wyłączone, a widząc, że w istocie, uśmiechając się, kontent, rzuciłby na końcu moralną pogawędkę nad szkodliwym, smolistym, a i korkogennym działaniem prywatnego transportu. Byłby to bowiem dzień darmowych przejazdów, jak i sam film przy tym promujący komunikację publiczną.

czwartek, 1 września 2022

139.

Czy istnieje coś, proszę Państwa, ważniejszego od samej miłości? Oczywiście, jak sądzę, większość wszelkich rzeczy, a już z pewnością i takich, na które przyszło nam w życiu uczciwie zarobić.

Bo cóż uczciwego jest w samej miłości? Ot, nic, ta przychodzi do nas znikąd jakby, czy zasłużyliśmy na nią, czy całkiem odwrotnie. Nie pyta nas o pieniądze, w zasadzie nawet, czy kiwnęliśmy o nią choćby jednym palcem. W tej kwestii jest całkiem milcząca. A choć wydaje się największym, co nas tu spotkało, najważniejszym, co stąpa po ziemi, ochłońmy. Wydaje się, pierwsza lepsza Toyota, na którą musieliśmy po nocach pracować, więcej będzie warta, jako że poświęciliśmy na nią swój kawałek życia. Co ma wartość zaś większą jakkolwiek od niego? Czy naprawdę to, co pojawia się nam za pstryknięciem palca, jakoby z kosmosu? Zresztą, cóż moglibyśmy więcej jeszcze czemu oddać?

Idąc dalej, za miłość też zresztą można się poświęcić, pielęgnować, w końcu obudowywać, lecz wszystko to, jak uważam, jest dopiero po niej, i z niej też dopiero wynika, jak i z naszej ku rozwoju jej pracy. To jest wartościowe, a to moim zdaniem, i to też, że wówczas w niej jakby jesteśmy. Stajemy się nią, pracujemy na nią, wkładamy w nią, jak wyżej, większą, i większą coraz cząstkę życia, by po czasie dać i większość może, a w końcu, świadomie, też całe. Nie jest ona już czymkolwiek dla nas - wielkim, onieśmielającym, z motylkami w brzuchu, w których by przyszło na dobre utonąć, za które się w chwilę straceńczo poświęcić (jakby były i życia coś warte), z którymi w końcu to jedno nas łączy, że właśnie nas to, nie innych jedynie oplotły. Jest czymś, na co zasłużyliśmy, jak sądzę, co mamy świadomie, może to niezbyt oczywiste porównanie, jak samochód, który nie za setki tysięcy sprezentowali nam rodzice, lecz na który, a choćby za kilka tysięcy, sami mogliśmy zarobić. Jest więc to nasz samochód i podobnie nasza wówczas będzie miłość.

Nie wydaje mi się, by fakt pojawienia się jej jedynie, bez dalszych za nią śladów, niósł za sobą coś więcej, niż samą euforię, ekstazę, magię, być może, lecz całkiem bez wartości, którą zdobywa ta z czasem. Dla której tracimy głowę, topimy się, zapominając, że z początku nie więcej jest, niż wielkim, pustym postumentem, w którym się zadufaliśmy, bo nie przyszło nam widywać podobnych na świecie, a ten właśnie, na domiar - ma być tylko dla nas. Boże, to ten samochód za milion tysięcy! Gotowiśmy zaraz rzucić dla niej wszystko, włożyć całych siebie, zostawić przyjaźnie, które budowaliśmy przez lata, pieniądze, jakby dotychczasowy czas nasz w ogóle już nie miał znaczenia, a tyle nam nie wystarczy... to w strachu, że zaraz odejdzie. Cóż to, jak nie fascynacja ciem światłem, szczególnie takich, co światła były tym bardziej spragnione? Równie dobrze możemy rzucić kredytem na z marzeń wyjęty samochód, zostawiając te przeszłe śmierdzącym odłogiem. I płakać, jak potem nie wyszło...

Miłość to najbardziej zwodniczy dar, jaki przyszło nam z życia odebrać, obnażająca zgłodniałych jej ludzi, jak nasz też szacunek do siebie. Sama w sobie, uważam, nad wyraz uboga, jakby forma tylko, nabierająca tym większej wartości, co z nią i po czasie - z samymi też sobą zrobimy.

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

138.

Jakie wyróżniliby Państwo formy pasożytnictwa psychicznego między ludźmi? To z własnego doświadczenia, jak i z przemyśleń w tej kwestii.

Ja wymieniłbym od siebie takie dwie przynajmniej, które współistnieć często mogą wzajemnie w symbiozie, a w takim wydaniu, że jedna osoba raz jest pasożytem, to wobec drugiej, a raz też na odwrót - ofiarą.

Więc idąc do rzeczy, pierwszą taką osobą może być ta z uczuciową dziurą, zatem z brakiem poczucia wartości, przede wszystkim miłości, której potrzebuje, to jedno, a której nie może nijak znaleźć w sobie, szukając, bezwiednie zazwyczaj, u innych, to karmiąc się cudzą uwagą. Żebrząc o nią, poświęcając się, w końcu męcząc, to szczególnie osoby, na których faktycznie tej osobie (pasożytowi) gdzieś w środku i szczerze zależy. I których nie chce w żaden sposób skrzywdzić, co prawda, lecz jednak - żywić się musi ich, jakoby to nazwać, energią, wolę - uwagą, stosując często, choćby i bezwolnie, psychologiczne ku temu metody np. sprawiając, by druga osoba, zatem ofiara, odczuwała wyrzuty sumienia, że zbyt mało poświęca jej czasu, przede wszystkim siebie, że mogłaby starać się bardziej i bardziej, a to już w zasadzie bez końca. Bo głód miłości, uwagi, wynikający z własnej pustki w tej kwestii, nie uważam, by zostać mógł jakkolwiek zaspokojony. Osoby te uzależniają drugą od siebie, choćby miały najlepsze intencje, a i były wymarzonymi z charakteru ideałami (może być także na odwrót). Oplatają w sieć swoją ofiarę, powoli sącząc z niej soki, a by ranka nie skrzepła, wtłaczając poczucie winy, że mogłaby przecież dać więcej. W istocie to istny wampiryzm.

Drugi rodzaj pasożytnictwa, jak sądzę, a będzie ich wiele, choć te już dla Państwa zostawię, to osoby żywiące się fascynacją wobec drugiego człowieka, idąc dalej - już całego świata, poznając go na nich w zasadzie. Nic to wcale złego, o ile, jak sądzę, będzie transparentne. Jeśli zaś nie, będą z ludzi czerpać, doświadczać ich, smakować bez tych całkiem wiedzy, nie zastanawiając się, że ci mogą mieć wobec niej zupełnie inne, poważne często zamiary. Zatem zwodzą i kłamią siłą rzeczy, a nie wątpię, że bezwiednie nawet, doświadczając na nich samych właściwie swych odczuć, uczuć, emocji, ucząc się ich często po raz pierwszy, poznając, to nie mając pod siebie jeszcze wytyczonych pojęć, jak "miłość", "zauroczenie" choćby, rzucając nimi bezmyślnie. Po czym nudzą się taką osobą zupełnie, kiedy po czasie jej smak się powtarza, zostawiając ofiarę, biegnąc radośnie smakować co kolejnych ludzi, uczuć, emocji, by uczyć się także na reszcie, pojęcia dalej nie mając o kanibalizmie, który zostawiła, nie mówiąc już wcale o zgliszczach, jeśli ta druga osoba by głębiej w relację tę weszła. 
Jak mówił to raz Mały Książę, istnieje fundamentalna odpowiedzialność za to, co się oswoiło. 

Nie trudno połączyć tych dwóch pasożytów. Gdzie jeden ssać będzie, niekochany, uwagę, wodzony słowami miłości, które w jego ucho sączyć będzie z kolei ten drugi, czerpiąc fascynację z pierwszego, poznając i ucząc się na nim, o ile jakkolwiek ten będzie ciekawy. I, jak wyżej, do czasu. Potem jeden, znudzony, odejdzie pożerać już innych, a drugi... drugi właściwie to samo.

Co warto podkreślić, a co już to często robiłem, tacy ludzie nijak, jak sądzę, nie są potworami, robiąc to często i bez świadomości - siebie, swoich zachowań, problemów, uczuć, co wynikać by mogło z wychowania, przeszłości, na której fundamentach kształtować się mogła psychika.

Nie wątpię, pasożytów o wiele jest więcej (stąd właśnie powyższe pytanie), być może sami takimi jesteśmy. Analizujmy więc siebie, obserwujmy wzajemne relacje, ludzi i to, jak mrugają powieką, by bardziej co rusz to być ich, jak też siebie świadomym.

niedziela, 28 sierpnia 2022

137.

Zastanawiając się nad utylitarnością Pana Boga, dotarłem do przepięknego mi zestawu LEGO, dokładnie nr 21318. Mam nadzieję sobie taki kupić, to głównie dla jesiennych liści.
Chciałbym na nim skończyć, to "na żywo" nawet, to jest na środku piaszczystej pustyni - w nocy, z długim za rękaw teleskopem, jabłkowym sokiem i "Edenem" Lema - obietnicą pod gwiazdy rakiety..., o tym nieco później (Ach, i dajmy spokój z ujemną temperaturą, bo przecież, po prawdzie, to wcale nie żyję.).

Bo dalej byłby pomarańczowy wschód, by w dali znów, to już pod horyzont, stał tam mój pierwszy samochód, niedosięgły, choć wówczas by palił (zwykł jeździć przy ładnej pogodzie). Mam nadzieję przynajmniej, że się dla mnie zjawi. Sądzę, mogłaby być to wizja pośmiertnego czyśćca, bo też nie byłoby tam ani jednego człowieka, prócz mnie jedynego. Boże, i tych mi co bliższych. I żadnej mi miłej istoty.

To wówczas bajałbym, tworząc wyimaginowanych, wyidealizowanych ludzi, na dobre sięgając szaleństwa, przyjaciela, haremu co lepszych mi "dziewic" - to wszystko w niebieskim pokoju, przy obrazie morza - w moim domku na drzewie - musiałby wisieć ten obraz. "Brandy, jesteś cudowną kobietą i byłaby z Ciebie żona, ale marynarza wybranką może być jedynie morze i dla niej poświęcił swe życie." Potem kolejny łyk soku. I zielone liście, bo właśnie w tym zestawie liście można by zmieniać.

Marząc o jednej osobie, prawdziwej, myśląc, jak wyglądały banany (zupełnie ich tutaj nie znoszę), brałbym kolejny łyk soku od szczęśliwej tu ze mną, wytatuowanej murzynki. Chcielibyśmy zapalić światło, bym mógł się na dobre jej przyjrzeć. I wówczas, tak być by mogło, na włączniku siedziałaby ćma, nie cierpię tych nocnych motyli. Uciekłbym, wypatrywać rakiety. Samochód majaczyłby w dali, a fikcyjna (nie pamiętam, która to była dokładnie) niosłaby kolejny już karton jabłkowego soku (Boże, ale ileż można!) z żółtymi od zestawu liśćmi.

sobota, 27 sierpnia 2022

136.

To działoby się zachodem, bo tam patrząc, chowamy ukryte marzenia. Pewien radziecki urzędnik wracałby wówczas z roboty, och, a ciężkiej roboty w spoconych od lata półbutach. Rzuciłby neseser, z niepamięci (weźmy pod uwagę ramy czasowe materiału) włączając zza rękawa zdobytego "Kubusia Puchatka" - na magnetowidzie. Jak na film erotyczny przystało, właśnie teraz nadchodzi do kulminacyjnej części. Zatem mężczyzna pedantycznie zdejmuje skarpetki, składając wnet spodnie pod kancik i już, już wnet mają to robić (Mężczyzna powinien posiadać też, nielegalnie, miód jako erotyczny rekwizyt.) pod ucieszne melodie Stumilowego Lasu...

Wtem wnet to na ekranie, miast grubiutkiego misia, pojawia się oko z powieści Orwella, nakazując robić to i przed ekranem, i do melodii sowieckiego hymnu... W pokoju rozlegają się potężne uderzenia trębaczy... W oczach dwojga wzmaga się bunt i cierpienie, czego seks jest tylko pruderyjnym, z musu zmumifikowanym wyrazem.
Wówczas, to koło dwudziestej minuty, wchodzi wcale... nastolatka, w makijażu, rzucając zachodnie stringi na ekran, namawiając ich do w trójkącie frywolnych perwersji (Puchatek leci z jej magnetofonu w formie audiobooka czytanego przez Krystynę Czubówną.).

Na końcu wpada milicja obywatelska, a nie mogąc powstrzymać się od wezbranej w nich huci, najpierw gwałci ich wszystkich, po czym, równoprawnie, to kulką w łeb, zabija (oczywiście to w ramach konwencji sztuki). Ci także w kolejce muszą zostać przez co wyższe to służby ubici, jako niewierni, nie mogący opanować rozchełstanych weń rządzy. Bo jedna jest tylko wybranka - matka, ojczyzna nasza, której przysięgaliście być wierni, po wszelkie już czasy.

Film, przy wynoszeniu zwłok, kończy się przepięciem, spowodowanym kopulacją dwóch białych gołębic na drutach. W wyniku tego na ekranie ponownie leci zachodni niesworny niedźwiadek, śpiewający o mocy przyjaźni. To jako zwiastun nadziei na bezpieczne, nieskrępowane seksualnie jutro.

piątek, 26 sierpnia 2022

135.

Mój drogi Czasie,

przepraszam, za często Ciebie nie widzę. Jesteś tu, patrzę..., naraz wszystko znikasz. A choćbym widział, jak dawniej, nic z tego już nie wynika (choć czasem myślę, za mało Cię fakt ten obchodzi). Mój samochód zgasł, a moja miłość życia..., nieważne. Mój drogi Czasie, zapomniałem nawet, jak było w przedszkolu. Chciałbym, a w zasadzie... mógłbym się teraz po cichutku napić, najlepiej jabłkowego soku, to pod drzewem, i żebym zobaczył staruszka, starą rakietę i mojego misia. I, Drogi Czasie, mógłbym tak godzinami. Mam nadzieję spełnić kilka marzeń z życia. Choć dziękuję Ci za te, co przyszły.

Że nie dałeś na zawsze się w coś przyzwyczaić. Że cofnąłeś ręką, i wszystko zniknęło. Że musiałem z Tobą zaczekać pod drzwiami, choć z Tobą szczególnie nie lubię. Że dałeś w swój rękaw się szczerze wypłakać, choć miałem pod nosem chusteczki... Że wszedłeś, by potłuc mi zdjęcia...
Pamiętam drzewo, na które się wspiąłem, choć zwykle to nic nie pamiętam. I bardzo kiepsko się uczę. Mój Czasie, choć, musisz przyznać, jestem niezgorszym wcale filozofem. I wcale najlepszym poetą. 
I, proszę, pamiętaj jeszcze, że nie lubię ludzi. I dni, jak powyższe się zmienia.

Szczególnie dziękuję, że jesteś. To nonsens, życzę długiego Ci życia. Pamiętasz mnie lepiej ode mnie (i ja Ciebie również pamiętam). I nadal tego się boję. 
Dziękuję Ci za przyjaciół. I za twą niemą opiekę.

Szczerze dziękuję, że jesteś, że się nie lubisz odzywać. I że się nigdy nie zmienisz(?). Przyjdź do mnie w czas w moim świecie, to z czasem. A kiedy (kiedyś) odejdziesz, to pozwól się jeszcze pożegnać.

I wiedz, jesteś prawdziwy dla mnie niebo bardziej, niż wszystko co inne na Ziemi.

wtorek, 23 sierpnia 2022

134.

Zapewne nieobojętną jest Państwu historia, historia moich Grubasów. Tak, to ci od Alicji, choć dzisiaj zupełnie już w różnym wydaniu. Zarośli, a stali się tak nieprzyjemnie śmierdzący, że kończąc w tym świecie, wygnani przez Krainę Czarów. I grubsi też ponad miarę, a to już na pewno, nie tak gładko pod włosek wyanimowani. Lecz jedno, że świecący dalej od kleistego we wszech miejscach potu. Tak jeden najlepiej przeważnie leżał na zepsutej, więc złożonej na wieki wersalce, drugi zaś dychał, czerpając w swych fałdach powietrza - obok, na biurowym fotelu. W zasadzie niewiele oddechów Grubasom zostało, to pośród kałuży z ich potu. Jakby ktoś przyszedł, skwitowałby, pewne, - Cóż za ohydne grubasy! A jeden to nawet palcem dużym u nogi pukał w przeschłą na podłodze - na wpół rozpuszczoną landrynkę. W ogóle większość tam wszystkiego się do siebie kleiła, że nic, jak zaręczam, nie miało opuścić już miejsca.

Jedyne, co było z grubasów, to rozum niespożyty pracą. A o czym myślały grubasy? Myślały o młodej Alicji. To często, a w zasadzie - odkąd zapomniały chodzić, to całkiem myślały już o niej bez przerwy. Alicja chodziła po domu, krzątała się zewsząd, na głowie i w kuchni. W łazience i w drugim pokoju (zapomniałem w zasadzie, jak on właściwie wyglądał). Naraz nurkowała do jednego głowy, to kupić mu śmieszny melonik, to żeby wyjść zaraz i podnieść, i wsadzić do ust mu sklejoną z podłogi landrynkę (i nigdy się to nie udało, bo była sklejona za mocno). W zasadzie, czego nie mogła Alicja - opuszczać grubasów mieszkania, ale, ale... przecież - tego też nigdy nie chciała. Była Alicją grubasów. I resztę, co sobie Państwo wymyślicie, z pewnością też miało swe miejsce.

Ach, te kochane grubasy...
Brzydota, ohyda, i zupełnie nie spostrzec mi było, jak zaczopował się jeden w bezdechu i który w zasadzie z grubasów. Jak zapomniałem o dużej literze w imieniu?! W imionach grubasów. No jak, bo, pamiętam, że mieli ci jakoś na imię...!
Nieważne, bo kogo obchodzą grubasy.
Wiadomo jednakże, ostatni miał zdechnąć tej nocy. To krztusząc się chrupkiem w swej myśli, skrzywił się naraz, spadając z fotela, a może to grubas z wersalki..., otwierając, jak wszystko w tym domu, sklejone od potu powieki, i kwiląc ochryple Alicję. Och, Alicjo...
...

Zbudzony we względnie ohydnym nastroju, podrapał się w brodę, dreptając powoli na wagę. Schudł dobrze i setny kilogram, czepiając się już niedowagi. Rozwinął okno i ujrzał zaczarowany świat - nie pamiętam, jak ten dokładnie wyglądał... Grubas... Ubrał się w nową koszulę, był zawsze przygotowany, i pacnął zaczarowany budzik (budził go zawsze przed czasem) - i przypominał Alicję. I minął w złoto oprawione zdjęcie, zdjęcie ze złotą Alicją. Musnął. I sprawdził też skrzynkę na listy, pusta (Och, grubasie...). Założył nowiutki kapelusz i dreptał już w słońcu do pracy.