Translate

czwartek, 16 czerwca 2022

111.

Nieciekawi świata chowają się w swoich domach, niebieskich pokojach z czterema ścianami, miejscowym bluszczem naokoło, w rogach pnącym się - do góry, po prostej... Dalej niebieska ściana. Kremowe meble, brzozowe, doniczka na białej ceratce - granatowe drzewo. Chciałbym mieć jeszcze obraz - trzy duże pomarańczowe słońca, kosmiczny statek w górze. Gwiazdy, noc i płonącą planetę. Kawałek fortepianu.

Mój własny dom - niebieski pokój i bluszcz wystający za okno, na samochód, podwórko i babcine pranie. Myślisz, wszystko to zmyśliłaś, jesteś za wysoko, nie będzie odpowiedzi. Łapiesz latarkę, powoli rzednieją chmury... Widzę księżyc. "O północy minęliśmy Saturna." To wszystko jakby sen, myślisz, wyjmujesz Lema i podróże w kosmos - mój mały niebieski pokój. Nie ma dokąd iść.

wtorek, 14 czerwca 2022

110.

Niekiedy lepsze są stare krzesła nad pulchne, wygodne fotele. Mówimy przez nie nie tyle tylko - "Nie dotknęliśmy jeszcze Saturna.", co że nie mamy nawet lecącej doń uczciwej rakiety. I nikt nie spyta - "Smakowało wam drugie śniadanie?", a my nie musimy odpowiadać - "... i zapodziało się, jak zwykle, w nawale planów konstrukcyjnych.", wychodząc na hipokrytów. Podrapiesz się po brodzie, też nie ujdzie płazem, bo i kto to widział poprawiać się jeszcze w tak wygodnym fotelu?! Na krześle się nie rozwalisz, nie odepchniesz za daleko... Spoglądając pod wieczór na łóżko, nie nastręczysz wyrzutów sumienia.

czwartek, 2 czerwca 2022

109.

Sanie. To jest w istocie dobra rzecz, ale nie mogłyby być to takie zwykłe sanie. Latające, sanie Świętego Mikołaja. Ale nie pocieszne, nie cierpię tego słowa. Więc i nie wyzywające nadto. Myślisz, nie dość im jeszcze zawijasów, a właśnie w nie to chyłkiem pocieszność się wkrada. Więc latające sanie, więc też i nie nazbyt toporne, ale nie gotyckie. Nie wiem dokładnie, jak te powinny wyglądać. Zatem mgliste, stworzone być powinny nie z materii, lecz z gęstej, choć jednak z przezroczystej na drobno energii, ciemno-niebieskiej, a to, żeby wspaniale komponować się z nocą. Dajmy im pojęcie o przestrzeni, żeby decydować mogły o drodze, a to za zgodą woźnicy. Niechże latają zgodnie z myślą, słuchają się właściciela - przeważnie, jakby pies, co niekiedy jest rozumniejszy od pana. 
Tylko jedne jedyne na świecie. Pasujące w południe, obecnością nie niszczące wschodów. Lecące... swoim utopijnym pragnieniem.

poniedziałek, 30 maja 2022

108.

Swego czasu polecono mi nakreślić krótką rzecz o kulturze. Zaniechałem, ale tylko do tego momentu. Zatem...
...

Pisząc życzenia urodzinowe do poszczególnych osób, załatwiamy sobie to zwiększone prawdopodobieństwo, że niekiedy i nam w pustym tym i ciemnym świecie ktoś je, a choćby z przyzwoitości, odeśle.

To miłe, lecz interesowne, dopominające, czepiające się włosów, jak nietoperz w nocy, wyjące, jak wilki, zepsute, jak to jedno zepsucie kojarzące się z robakami. Ciężkostrawne... Dość.

Grzeczność jest miła. A gdyby nie grzeczność, byłbym zbyt oczywiście transparentny. Okazale nie do zniesienia. Kultura taka jest. Jakby dobrze skrojony garnitur. Kończysz wiązać krawat, pingwinie, i wiesz już, że wyglądasz dobrze, i nawet, o ile wiązać potrafisz, to nawet bez lustra.

Lubię starać się mówić więc ładnie. Uważać na przecinki, nie stronić od odległych kropek. Niedopowiadać oczywistości trzema... Bo kto mnie wtedy rozpozna, ba, ja cały czas, cały czas tak naprawdę mówię o tym samym (Pingwin!), używając tychże samych słów.

wtorek, 24 maja 2022

Tchórz

Dziennik pokładowy nr 63 - minęliśmy jakieś niepokojące cienie nad łóżkiem..., prawdziwa miłość bez "ą" i pasję do chińczyka, takiej gry planszowej. Powstało trochę wierszy o rakietach i o zachodzącym słońcu... Teraz idę spać.

Mijają lata, księżyc, wschód..., a dzisiaj był z lekka bardziej różowy. Południe, chmury. Deszcz... Potrąciłem psa. Wieczór. Noc..., obejrzałem prawie wszystkie filmy.

Kolejny wyzuty dzień... Jak co dzień, puste wielokropki..., praca. Nie jestem już bezrobotny. Dom, dzieci..., dom, od niechcenia..., I praca, rytmiczny but za butem - kropka. Noga za nogą..., do taktu - stop - światła. Stukają parasole, po kropce. Padał dzisiaj śnieg.
...

Znudziłem się tym. Nie uciekam już za często w światy sklecone z wyobraźni. To samo. To samo. Ręka, noga, słuch. Oczy. Machanie. Wszystko to machanie, chwytliwe hasło świata. Machasz, a dziś machałem wcale dobrze, byłem "fajnym człowiekiem". Jakże się Pani dzisiaj zmachała... Jak tylko się zamachnę! Machaj żesz szybciej! Machu, machu, mach! Machajka. Machina. Machinacje. Macho - on też macha, tylko trochę lepiej. I wszyscy dzisiaj jakoś tam machaliśmy.

Uczucia, emocje, a byle te lepsze. W istocie, te mnie jeszcze nie znudziły. Ale tak ich mało. Te prawdziwe, patrzysz..., być może nie było to warte... Boże, gdybym mógł, chciałbym czuć cały czas, potem przekonać się... - wcale tak nie chciałem! Wolałem raz, a dobrze. Jeden prawdziwy raz, nie zdążysz się znudzić.
...

"Istotnie, sądzi Pan, że życie jest aż tak nudne?" Tak, właśnie tak, tak właściwie to tak właśnie sądzę, nie inaczej. "Życie ma wiele pięknych atrakcji, powinien sobie Pan znaleźć jakieś atrakcyjne hobby. Jest przecież tyle kobiet, sporty wodne. Nie każde machanie musi być takie samo. A i uczucia inne." Można się upić. "To też rodzaj machania, zaprzecza Pan swoim ideałom." A Pan miał mi pomóc. "Może medytacja, inne wymiary, nirwana... Bo tak dojdziemy, że tylko śmierć Pana wyswobodzi z nudy." Boję się śmierci, to nie wchodzi w grę. "Nonsens, Pan się boi jej stale tak samo, cichutko, po trochu. Jak myszka. To także nudne. Niechże się Pan jej zaboi raz, a porządnie. To coś, jak ta Pańska teoria miłości." 
...

Nie, nie, no przecież. Jest mi tu wygodnie. Bo lubię przewidywalność. A gdy tylko zniknie, tym bardziej przypominam sobie - lubię przewidywalność. Niech tego znowu nie zapomnę. Lubię przewidywalność. To nudne. Ach, jakie to strasznie złe, i jakie nudne. Że lubię...

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

106.

Dziś dzień byłem świadkiem ataku, a to jak dwie sroki, powalając kompana na ziemię, ciskały go dziobami przy lamencie ofiary, a i przy krzykach współbraci znad drzewa. Siedziałem wtedy na drewnianej, bujanej, zresztą skrzypiącej niemiłosiernie ławeczce, to będzie potem ważne. Lecz na razie pod smętną, warszawską pogodą wcale podobał mi się ten park.
Jest to jedna z niewielu rzeczy, której jestem z dziś pewien. Warto dodać, że obok jest jeszcze plac zabaw, z którego mam piękne wspomnienie - raptem sprzed kilku miesięcy. I było z pewnością prawdziwe. 

Tymczasem przyszedłem, a równie powolnym, jak toczące się tu, w parku, życie krokiem, w między czasie grywając na wielu tych lepszych koncertach. Dorabiając się całkiem pode mnie perfum, z czasem grałem już i na pianinie, a i niemal tak dobrze, jak któryś tam gość z mojego ulubionego soundtracku, którego, w przechadzce, to ja byłem wyłącznym autorem, wykonawcą. Choćby reżyserem. Zresztą wszystkim, i to na wszystkich tych lepszych koncertach. Pasy, światła, już kilka właściwych osób było o mnie zazdrosnych, a ja - nigdy pocieszny - to jedna z cech, tak dobrze teraz pasowała. Wybrałem dłuższą drogę - w tle ślepiło dumą najlepsze oświetlenie, poświęciłem na nie przynajmniej z dwie przecznice, muzyka..., a że nigdy nie opiewałem życia w niestandardowych pejzażach, pamiętam, był to ten jeden z adekwatnych, choć nadal to jeden z adekwatnych tylko zachodów. Potem było już bardziej obrzydliwie, przeszedłem obok remontowanego przedszkola... Ja, miałem to samo imię, myślałem nad zmianą i chyba na którymś wywiadzie, lecz ja, to mówiąc - mistrz kamery, bożyszcze kobiet i niespełnionych pragnień każdego mężczyzny. Miłość życia, trele morele, Shrek i Książę z Bajki. Wszystko za granicą, najlepiej w Ameryce, musiałem uciec od mojego prawdziwego dorobku, sztampowo, lecz pewnie, a i, Boże..., niech przytrafią mi się te monotonne zakończenie z księżniczką i połową królestwa. Ameryka była dość daleko. Na tyle dość żyłem tam również długo, by właściwe osoby, które miały za mną zatęsknić, na dobre właściwie zatęskniły - ku przydatności zakończeniu, a i nie mając innego wyboru. W moim świecie nikt jednak nie poświęcał emancypacji szczególnej uwagi. To śmieszne, pewnie nie wspomniałem, zapewne, ale byłem też gwiazdorem kina. W końcu wróciłem zagrać piękny koncert, mówiłem, dalej miłość i współczesna księżniczka, połowa królestwa, krok, krok, krok. I park, pod drzewem biły się wrony. I gdybym poszedł inną drogą, być może..., lecz czego mógłbym chcieć od niego więcej... Skończyłem, to pisząc na skrzypiącej ławeczce.

Czytali Państwo właśnie upublicznioną masturbację. Wszystko piękne, fałszywe, krótkie, a młodsi może mają lepszą wyobraźnię, sztampową, lecz cóż, tak finalnie kończymy - konserwatyści ze świata księżniczek Disneya. Idą Państwo ulicą, mijają innych państwa. Wydają się, wiecie, to zupełnie najzwyklejsi ludzie, a w szarej kurtce, nie ma w nich nic zatrzymującego. I jeszcze to szare niebo. Zatrzymasz ich, będą stać, wryci, szukając swego imienia. Co tu właściwie robią? Ach tak, wracają z pracy, obiad. Dzisiaj czytałem moją ulubioną książkę już x - dziesiąty raz. Myślę, są wówczas w znanych sobie światach. Połowa z nich jest ulizanym, dopakowanym księciem, by druga mogła już w spokoju być..., nie znam się na popkulturze, więc zostają mi jedynie księżniczki. I myślę, każdy osiągnął tam tyle, ile tylko potrzebował. Każdemu według potrzeb. Na tę krótką chwilę powrotu z pracy mijamy błędnych ludzi, gdzieś tam wokół na pewno są, na pewno można z nimi porozmawiać, a gdy zapytać, powiedzą nam nawet, która jest godzina. Lecz mam i nieraz wrażenie, całkiem częściej toczą się, jakby wirus, puste, wątłe ciała, zdaje się, idziemy my, my, prawdziwi ludzie. Lecz my śmiejemy się, gdzieś daleko, w swych zmyślonych światach, kochamy, nie mi oceniać, bo może naprawdę kochamy w nich prawdziwie, zresztą jest tam wszystko, co tylko mógłbym naprawdę, prawdziwie zapragnąć... I dziś też tam byłem i, zdaje się, byłem naprawdę szczęśliwy, i świeciło mi prawdziwe słońce. 

Instynktownie, nawykiem krocząc, nie potykamy się o schody, przekręcamy kluczyk, robimy kolację... Mijamy rysunek z prawdziwą księżniczką. To, w istocie, szalone, być może, chorobliwe szaleństwo, lecz bez tego bałbym się wyjść nawet do ludzi. Bardziej boję się mojego zdrowego szaleństwa. 
Tyka zegar, śnimy już o tym, co pewnie nigdy nam się nie wydarzy. Mija minuta za minutą..., cyk,
budzik, skrzypiąca ławeczka.

sobota, 23 kwietnia 2022

105.

Rzecz w tym i pytanie, więc jak oszukać umysł? Czymże jest, a w końcu, jak wyrwać się z narzuconych nam przez niego ram? Boże, jestem, jak zawsze, taki jak byłem, ot, dzieckiem jestem, a ubranym w całkiem nieźle skrojony garnitur z tych lepszych słów, pewnej łacińskiej sentencji i w sznyt elegancji. Z ładnych słów, z gładkiej maski, bo bez wystających zeń szwów, ot, mój dorosły dorobek.

Jakże spojrzę, nie zmieniłem się. Postrzegam świat, jak kiedyś, a z różnicą, że z lekką już wadą wzroku. Może coś mnie miej dziwi, może, może nieraz coś lepiej rozumiem, to całkiem możliwe, lecz śmieję się, płaczę na tych samych filmach. I potrzebuję uwagi. A gotów płakać w wózeczku bez smoczka, takich dojść w nim wniosków, że jakże daleko jestem od pewnego eleganckiego pana z dobrą fajką, laską, a w deszczu parasolem, który miał być mną przecież... A ja chyba byłem nim - przez całkiem długi czas, zawsze w moim lepszym, wymarzonym świecie...

Piszę to, bo myślę, jakby świat snu, piękne utopie nas samych przekuć w nasze imię. Nie tyle ubrać się w odpowiedni strój, by przypominać tych, których chcielibyśmy naśladować, lecz być nimi, ot, z imieniem już. Z nazwiskiem nawet. Imię! To zdaje się przeczyć marzeniom. Bo myślę, całkiem być może, nasze zachowania umysł nasz utożsamia z imieniem, imię zaś z nami, z twarzą, choćby pudrem przykrytą. Lecz zmienić to, co głęboko, więc imię, jeden trybik jakoby wspak kręcący mnie - maszynerię. Imię. Które kojarzyć nam, a w zasadzie naszemu umysłowi, podświadomie dajmy, się będzie z siłą i elegancką kobietą, w końcu z panem lat siedemdziesiątych... Imię, a po zmianie, to tak, jakbyśmy mieli nowe życie. Życie o nowym imieniu...

Więc oszustwo. Hipnoza! Boże, nic więcej tu, proszę Państwa, nie opowiadam, jak próby, a takie, jak oszukać nasz umysł. Jak wykrzesać zeń wiarę w zwycięstwo nad wiatrakami. A choćby te stały, wyprzeć się ich. Postawić przed nim idealny świat, choćby z dymu, wierząc w niego, być może zachowywać będziemy się zgodnie z tego, a więc i z naszym wymarzonym scenariuszem. Więc szukam tego trybika, co sprawi, że z dumą spojrzymy w lustro, będziemy tacy, jacy chcieliśmy być, bez depresji być może, bez smutku, strachu. Bez Kornelii, Ani, Bartka, lecz z nowymi, więc Bartkiem, Anią, Kornelią. To wręcz pomysł na stworzenie nowej osobowości. Czemu więc wszystko nie mogłoby się zacząć nowym życiem, a wszystko, jakby cytat z książki, wszystko zaczęło się od nowego imienia, wszak jest to to, co z nami od początku wzrastało.

Oczywiście mamy tu kwestię wyparcia siebie. Rezygnacji. Samobójstwa. Wyrzeczenia, słowem, tyle jest tego, co złe... To prawda. Lecz kiedy przyjdzie czas, że nie będziemy mogli ze sobą wytrzymać..., wytrzymajmy jeszcze trochę, odliczmy dni w kalendarzu, by, kiedy dojdziemy właściwego, dać sobie jeszcze chociaż z tydzień. Lecz kiedy skończy nam się kalendarz, eh, wydaje się, nie odbiegamy od mechanizmu, od zegara, w którym, jeśli tylko dobrze się weń, w tryby wprawimy, możemy mieć ciągle jakby kolejne słońcem spowite południa. 

I niech ci, co nigdy nami nie byli, żałośni, nas oceniają.