Translate

czwartek, 6 stycznia 2022

91.

Opowiem Państwu o koncepcji, do której doszedłem niegdyś, rozmawiając z kolegą. Otóż byłoby w niej mniej więcej tak, że istnieć mają niejako uncje świadomości. Jej, powiedzmy, cząsteczki, można rzec, że atomy. Zaś atomy te łączyć się mają, tworząc coraz to bogatsze struktury, i tak czyniąc w końcu świadomość psa, albo świadomość człowieka, w końcu świadomość jakiejkolwiek żywej istoty. Po śmierci natomiast cząsteczki te rozpaść się mają, a jako nieśmiertelne, stworzyć na powrót mogą jakąś inną świadomość, zdolną lub nie, w zależności od stopnia złożoności, do wykreowania unikatowej osobowości.

Koncepcja ta tłumaczyć by miała regresje hipnotyczne, cofanie się do rzekomych poprzednich wcieleń jednostki. Bo też dana osoba składać się miałaby z cząsteczek świadomości, które dawniej tworzyć miały albo nic, albo jakąś istotę, w tym prawdopodobnie również i człowieka, a zachowawszy jego wspomnienia, stanowiłyby one też "wspomnienia" nowostworzonej świadomości ludzkiej.

Koncepcja ta stwarza też karykaturalny model reinkarnacji, gdzie cząsteczki, które tworzyć mają nas, w przyszłości tworzyć będą, zachowawszy fragmenty naszej osobowości, zupełnie inną istotę, po wszelkie już czasy.

Mało jest to koncepcja przekonująca, to z wielu powodów, choćby na jakiej zasadzie cząsteczki miałyby funkcjonować, także jaka ich byłaby natura.

W krótkim rysie, cząsteczki takie tworzyć by miały coraz to bardziej rozwinięte struktury, dochodząc w końcu człowieka, więc również niejako podlegać ewolucji, jednak na cóż by im było te struktury jak najdłużej utrzymywać, to Bóg raczy wiedzieć. Problem, że nie można dać tu żadnego kreatora, który kazałby im się łączyć, jako że i sam kreator, świadomy przecież, winien być z nich ulepiony. Nie można dać cząsteczkom samym także natury jedynie materialnej, choć nie do końca, o czym niżej, duchowością zaś po pewnym czasie wytłumaczyć można wszystko. Podobnie można to wytłumaczyć symulacją, jakimś wielkim mózgiem itd.

Także koncepcja wskazuje finalnie jedynie na możliwość budulca świadomości, budulca stałego, a także na kwestię, że świadomość nie musi być w żadnym razie odseparowanym, indywidualnym, autonomicznym jedynie tworem, zaś strukturą zbiorową właśnie, dzielącą się chwilowo w celu... Być może od zarania świata istniała koncepcja natury, gdzie wszelkie, co istnieje, dążyć miało do przetrwania, łącząc się w coraz to większe, lepiej dostosowane struktury. Nie będę teraz tego rozwijał, załóżmy więc chałupniczo, że tak jest. Tyczy się to także i martwych tworów. Przetrwanie tyczyć się więc miało wszelkiego istnienia. I tak w jego toku wykształcić się miała także struktura świadomości, jako że ta wykazywała cechy najbardziej elastyczne przystosowawczo, więc też i, w skali kosmosu, obdarzona miała być największym prawdopodobieństwem przetrwania pod względem nie wielkości, a ilości i elastyczności właśnie. 

Choć też podoba mi się takie ujęcie z walczącym nawet i mimowolnie o przetrwanie samego ze sobą całego kosmosu, nie zaś tylko jego tej ożywionej części.

piątek, 17 grudnia 2021

90.

Smutne jest życie z czasem. Z czasem zmienia się w nim krajobraz, a dajmy to, piękne życie mają ci, którym po wysłudze lat prześwieca w nich słońce. I jakże, a to wśród białych ścian na kredycie, i jakże na środku chlupoty na zewnątrz i błota, jakże w tym wszystkim, co brudne, piękne jest zamknąć oczy, a to, by śnić, lecąc wśród utopijnych fantasmagorii, cośmy je sobie, a na ucieczkę od życia stworzyli.

Bajać o tym, co nigdy ma się nie wydarzyć, a z uśmiechniętą twarzą, w końcu cieszyć się w pracy, że raptem już tego wieczoru, przy świecach zamknąć przyjdzie nam oczy, udając się w życie kwitnące, z liśćmi na drzewach i tam, gdzie wszystko się udało, a nawet, jeśli kto chęć ma, gdzie istnieć mają i smoki. Uśmiechamy się, ślepi, jak szybko mijają godziny... Otworzymy oczy, nic nagle, naraz już noc, musimy iść spać, a to, by wstać znów i znów, jakże szybko mijają nam dni, na te kilka godzin, a to pośród białych ścian, zastygłego wosku, marząc znów też o kolejnym przy nowych świecach wieczorze.

Tym wszystkim więc, co zostawili ciało, może to i lepiej. Świat zwykle bywa jednak nudny. Bywa spóźniony i w niewłaściwym kolorze. Jeśli więc mamy przeżyć je szczęśliwie, niechże na boże podobieństwo stworzymy swój własny, a choć na sekund kilka, czym różni się ta ułuda od jawy, którą tej nocy jeszcze bezwiednie zostawimy dla smoków?

czwartek, 16 grudnia 2021

89.

Wśród lasów w jesieni, po piaszczystych drogach idąc, tak uważać trzeba, bo tych jeszcze, które niżej, myśli dojść w tych można...

A tak słyszałem, istnieć ma choroba, gdzie to w ciele ludzkim nie jedna, co znane, a wiele człowieczych ma się gnieździć twarzy. Osobowości wiele, toż więc imion przy tym, a tak te istnieć wespół z sobą mają, że gdy jedna taka przyglądać się ma pejzażom wyglądającym jej zza oka, tak pozostałe, o innych przecież, jak wyżej, imionach, o innych tych zgoła historii, a o tym samym tylko, w ciele jednym będąc, wyglądzie, jakby uśpione wiecznie, jakby istnieć nie miały, pojęcia nic mają i o swym istnieniu, i że bez nich teraz rusza się ich ciało, jedno tylko, mające w sobie przebudzone na te kilka danych jej jedynie chwil- inne całkiem, jakkolwiek i równe im jestestwo. 

Lecz czy inne z pewnością, tak, myślę, to pewne, jako że, prócz wyglądu, nic tych nie łączy. Od tych, co zmienne, a i zainteresowania, słownictwo, a po te i najskrytsze nasze cechy, które, choćby zmieniał się świat, a my odchodzili wraz z nim, i tak, póki widzieć możemy przez oczy i rozrzedzać myśli, wraz z nami wryte pozostaną. Tak też więc ich odmienność, i to myślę, możemy w tym miejscu założyć.

I zobaczmy, jakby w dygresji krótkiej, jak dalece kreślony obraz może być równy snom. Toż i we śnie, znikąd nagle, tworzeni przez, i Boga nieświadomy, mózg jesteśmy, a to wraz ze światem równie na noc jedną istniejącym, zdeterminowani, wodzeni, jakby lalki, pajacyki leśne po z góry upatrzonej przez "machinę" drodze, historii nam pisanej, fatum w końcu. Czym we śnie jesteśmy więcej więc, niż Edypem tylko? I to mało, pojęcia nie mając w dodatku, że ktoś istnieje obok, lecz to też mało, że ktoś, choć i tu, dla spokoju ducha, weźmy, że "coś" prędzej, będąc nad nami, stworzyło i nas, jak i całą przed sennym okiem historię, i wszystko też wraz z tym, o co możemy się potknąć, o co wesprzeć o czasie, co możemy zobaczyć, co za prawdę mając, niczym jest więcej, niż wodą na pustyni jawiącą się tuż przed śmiercią. I kogo spotkać w końcu, i kto też w majaku tym przytuli nas, pocieszy, a mówiąc nam szczerze (cóż ma znaczyć szczerze?), że nas kocha, w istocie nienawidzi, i że zaraz opowie nam swoją historię, która, choćby i sto lat w sobie zawierała, początek swój miała, nigdy nieziszczony, raptem i pięć sekund temu, stworzoną będąc, jak i my z nią i ze wszystkim, z czym we śnie powstaliśmy, na potrzebę nocy- przez nasz, a jak będę już niżej dowodził, nie taki nasz, jakby myśleć nim do końca, mózg.

Jakże to łączy się i równa z jawą, w której trwa choroba, co wyżej. Toż i w niej, twardej ziemi upatrując, znikamy więc we śnie, tworzeni, a w świecie czarów i ułudy, i niebieskich migdałów, a to tylko, by zniknąć z niego na powrót, znów ku jawie leząc, a o sobie, że to my, wiedząc, chwytawszy się pamięcią tylko poprzedniego i tego też, co przed poprzednim był, dnia.

I jak z jawą się równa, kiedy to w chorobie zniknąć naraz mamy, pod dyktando mózgu oddając swe miejsce innej osobowości, innej twarzy w końcu o innym imieniu. Innemu komuś, o którym pojęcia nie mamy, jak i tego też, że i on równie zniknie, nas z kolei budząc, gdyśmy uganiali się za księżniczką i motylkami w spreparowanym świecie, za prawdę te mając, w, równie bezwolnie, dzieło mózgu udając się niesfory. 

A biorąc to wszystko i to dodawszy, że my nie z mózgiem przecież się bratamy, identyfikując, mając go za twór nam podległy, hipokryci, za tego, co ma nam służyć, jako narzędzie natury, by uczynić "Nas", nas pisanych od wielkiej litery, koroną jej stworzenia, dojść wniosku można, że, w istocie, nie mózg jest naszym narzędziem, a my jego, kreowani przez niego, jak wyżej jest, i zmienni, wstawmy dumnie w tym miejscu swoje imię, narzędziem naszego mózgu- ot, nie inaczej, niż prawdziwej, jak natenczas, natury korony stworzenia. Nie my, lecz mózg nasz na podobieństwo Boga... Mózg nasz- cud ewolucji, w końcu "pupka ubóstwiana" świata. W końcu "Mózg" od wielkiej litery. Nie Bóg na obrazie Michała Anioła winien Adama muskać, co mózg wielki, różowy, powinien z Adamem się złączyć! A to, bo Adam jako twór mózgu swego powstał, i, bezwolnie, zniknąć może, a choćby w chorobie, na poczet Ewy, zniknąć w zamian za Pawła, w zamian za sierotkę Marysię. A gdy i chorobę pominąć, i tak zniknie, mój Boże, zniknie nam Adam tej jeszcze nocy w świecie czarów, królików z kapelusza i z innym imieniem, pojęcia nie mając, że jeszcze za jawy tak brakowało mu Ewy, uganiając się za Paulinką, Patrycją, Konstancją. A wszystkie one- znikną tej jeszcze nocy, bezwolne, jak i on, twory prawdziwie boskiego mózgu. Bo boska jest kreacja.

I tak myślałem, idąc wśród brązowych lasów, a nie sam, lecz wraz z bliską mi osobą- równie, jak ja, chwilowym przejawem mózgu, co zniknie tej jeszcze nocy, jakby nasz Adam wspomniany będąc, takich dochodząc z nią myśli, że też, skoro tak być może, a tak też jest, myślę, przecież, że to, z czym nam się identyfikować przyszło, więc z poczuciem swego istnienia, z imieniem w końcu, zniknąć naraz może kosztem czegokolwiek, co inne nam i obce...

Że nie dla nas mózg istnieje, my natomiast, co już wspomniane, a wyżej, dla mózgu. Że ten na końcu, na pohybel naszemu boskiemu królowaniu i anielskim zapędom, ewoluował. Nie małpa, nie człowiek. On, on jeden ewoluował, tworząc, jakby pazury, jakby zęby rekina, więc jako to tylko, co pomoże mu przetrwać wśród nieskalanej boską ręką głuszy. A weźmy, że była to osobowość, świadomość istnienia właśnie. I dajmy też, było to imię, a gdy ich przybyło, było i także nazwisko. Że byłem to ja i Ty, Adam, Ewa i ten, co pójdzie dziś na dwunastogodzinną nocną zmianę. A to, by zajmować się mózgiem, bojąc się destrukcji, bojąc się nie istnieć, bojąc się, że zniknie wraz z nocą w końcu, że, zastąpiony innym... Bo, w istocie, to mózg może nas zastąpić, to on może nam stworzyć historię sennych przywidzeń, które za życie słuszne uznamy, a i on był przed nami, w końcu też poruszy się ostatni, kiedy nas przy nim w równie ostatniej nam chwili zabraknie. Cóż więc po myśli, że my nad nim jesteśmy, skoro tej nocy, znikając, myśli takiej nijak nie stworzymy. On za nas trawi, oblicza, oddycha, w końcu cóż pozostało nam, niż nosić go w sobie, pozwalać mu istnieć, bojąc się swej zguby, jak i on nam pozwala, pozwalać ewoluować, przekazując go innym pokoleniom, to wiedząc też, że ten istnieć będzie, w genach nieśmiertelny, jakby boski, kreujący sny nowe i nowe też imiona i nazwiska, które przekażą go i dalej, i wciąż dalej, koronę stworzenia, do nienazwanych jeszcze przez nas lat.

Las, las, las w końcu i jesień. A to, postawię, moja ulubiona pora roku. I byłem w niej w pięknym miejscu, pamiętam. Niechaj więc tej nocy, kiedy zniknę na powrót, niech pojawię się, choć kto wie, czy ja..., a więc, dajmy, by ten, kto się pojawi, widzieć mógł, widzieć wszystkie te stworzone i senne, i widziane przeze mnie wizje. I by nie wiedział też, że znikną... wraz z nim, a już za chwilę..., już za pięć minut jakby, jeszcze dzisiejszej nocy... To piękna ułuda. Niech taką pozostanie. To piękne kłamstwo. I tym bezpieczniejsze w końcu, póki takim nie wydamy się za jawy, a wraz z nami także, nie wyda się takim życie.

Ada Cheeryclover 
Rafał Pigoń

poniedziałek, 29 listopada 2021

88.

Jakże Państwo sądzą, która lektura szkolna, z kanonu tych najdalej obowiązkowych, jest i także najwięcej życiowo przydatna? A taka, z której młodzi my wyciągnąć możemy lekcje, za których to nieprzestrzeganie i niewyciągnięcie zeń wniosków, życie smagać nas będzie w pupkę, boleśnie i z przyjemnością?

Do moich, niech będzie "Lalka" Bolesława Prusa. Toż to majstersztyk, a to dla młodego pokolenia, dzieło tłumaczące, jak to nie być uczuciowym desperatem, czującym przesadnie sercem, myślącym tą mniejszą główką. Jak też obrazującym, że, kiedy wreszcie, a to za naszą nieporadność i brak poczucia własnej wartości i szacunku do siebie, dostaniemy bęcki, położymy się na tory, wypatrując Bozi i pociechy na jej kolankach, nic to nam więcej nie da, niż tyle tylko, że ktoś nas uratuje w ostatnim, psim naszym momencie, byśmy w końcu dojrzeli naszą wierną, psią równie beznadziejność, upatrując swego myślącego organu w głowie prędzej, aniżeli w spodniach. Szacunek do pieniądza, szacunek do siebie- to powinienem napisać chyba w odwrotnej kolejności... mniejsza z tym jednak. I to mało, romantyzm- płytka gra idiotów, ludzi z kołyski, a jeśli żyć romantycznymi ideałami, idąc za lekturą, żyć miłością beznadziejną, nic zostanie, tylko wysadzanie zabytków, zostawianie prawdziwych przyjaciół, samobójstwo w końcu i sprzedanie majątku.

Jednakże lektura nie ostrzega przed miłością, a uczy, by myśleć cały czas, nie tracić racjonalnego ducha, w końcu nie rzucać się finezyjnie pod pociąg, bo chwalebne to nie jest, a głupie, śmieszne, pożałowania godne, by tylko. Uczy, jak to wokół nas chodzą, a chodzić będą niedojrzałe emocjonalnie dzieci, uczuciowe, spragnione miłości i uwagi wraki, pełno tych, którym to spojrzenie przelotne wystarczy, by ci, rzuciwszy się w natrętny wir pożądania miłości, utopili się w nim naraz, skończywszy najpewniej z uwagą, miast kobiety pięknej, lepkich ramion komornika.

A zatem więc, czytajcie "Lalkę", młodzi! Spieszcie się uczyć nie być desperatami! A może przyjdzie pewien czas, kiedy, choćby życie wasze kusiło..., staniecie obok torów, a odetchnąwszy z ulgą, przeliczycie pieniądze, kupując sobie wielkiego, czekoladowego pączka, dla smaku, a na pohybel diecie!

Poza tym, Łęcka złą kobietą była.

Piszcie Państwo, jakie, i dlaczego, są Wasze propozycje.

sobota, 5 czerwca 2021

87.

Stojąc sobie, wieczorem, choćby na balkonie, kiedy za oknem u kogoś w mieszkaniu słychać szepczący telewizor, można dojść i takiej nieraz myśli, jak dalece ten świat jest w ogóle wobec nas obojętny.

Na równi, jakby wobec trawy i psów z wieczornego spaceru, i wobec całkiem chyba już wszystkiego, co przyjdzie nam tylko pomyśleć.

A przecież, myśląc to właśnie, gdzieś tam, gdzie mam nadzieję nigdy nie trafić, ktoś właśnie popełnia samobójstwo. Potem chwila..., ktoś kolejny.

I choć mijają tak kolejne wielkie i bólu pełne życia, tak raz za razem, o których guzik mieliśmy pojęcia, mijają one w ciszy. Świat zaś istnieje nadal. I tak samo, jak przedtem, szeptać będzie gdzieś tam telewizor i, jak wcześniej, szumieć będzie wiatr. I nic, całkiem nic się nie zmieni, jakby dla nikogo nie było to w żaden sposób istotne.

Nawet i Bóg będzie istnieć dalej. I tak samo dalej można się będzie do niego pomodlić...

Co pewno zrobię. To jakieś smutne, takie zbyt proste i nie widać celu. O wiele piękniej jest myśleć, że gdzieś tam, dla nas tylko zatrzymują się zegary. Telewizory cichną, a wiatr całkiem zamiera. Że gdzieś tam może, wierzę, istnieje taki świat, który słyszy każdą naszą myśl, razem z nami cieszy się i smuci, i zapłacze na samym końcu, kiedy nas zabraknie. Że nawet ptaki nie ćwierkają wobec nas obojętnie i nic już tam nie dzieje się bez, w jakiś magiczny, ale piękny i mądry sposób, powiązanego z nami powodu.

Wierzę w to, bo trochę smutno i strasznie trochę myśleć, że, choć nie wyskoczę pewno z balkonu ani tej, ani następnej nocy, zniknę w końcu, nie doznając tylu pięknych rzeczy. A cały świat wokół, po najdalsze kraje, kręcić się będzie dalej z psami, balkonami, szumem wiatru i szepczącym telewizorem. Bóg będzie istnieć dalej. I nikt całkiem nic nie będzie sobie z tego ani trochę robić.

Tymczasem życzę Państwu postania sobie właśnie wieczorem na balkonie, albo tylko przy otwartym oknie, i jakichś dokądś tam ciągnących się, i Państwa wraz z sobą, myśli.

niedziela, 30 maja 2021

86.

Zawiedzeni szarym niebem i deszczem nie do rytmu stukającym w okna, wyobraźmy sobie naraz piękny, jakby spod skrzydła anioła wyjęty świat, i różnokolorowe drzewa... A tak dalece dokładnie sobie go weźmy, by zapodziać się w nim zaraz, a tak też bardzo, by próżno nam było już się z niego w ogóle ku jawie smutnej wydostać.

Myślę, wielu z nas, jak nie większość nawet, istnieje sobie, a hen..., w swoich nieokreślonych nigdy na mapie światach. A idąc zamgloną ulicą, z pracy pewno, nie spostrzegą się ci, we śnie chodzący, jak naraz dotrą do porosłego kurzem domu, będąc w czasie drogi nie w zwykłej, gęstej mgle ludzkiej jawy, a indziej całkiem, więc w swym słońcem cieknącym, złotą trąbą zdobionym raju, gdzie też i próżno im będzie szukać jakowego Boga, z jaką inną twarzą, niż tylko ich własna.

I tak wloką i wloką nas naprzód nasze zawiedzione życiem ciała, zwiędłe, ucząc się potknięciami, jak omijać co większe krawężniki, a to, byśmy już sami, bez tchu i przeszkody, oddać się mogli temu, co piękne jest i do cukrzycy samej słodkie, a gdy tylko bardziej się w to zagłębić przyjdzie, uczciwie zapodziać, może i zgubić nawet, to i temu też się oddać, co na pozór, a w zasadzie tylko, jedynie dla nas, zatraciło w sobie wszystko to, co kiedyś przypisalibyśmy fikcji, ułudzie, samemu, nie więcej, niż guzik wartemu kłamstwu.

Okłamani więc, pośrodku wymyślonych, lecz widzących nas w tłumie ludzi, wśród fioletowych drzew i psów, i mocy superbohatera, śpiący, wybudzimy się naraz, a to, by stanąć na czerwonym, majaczącym z lekka we, jakby, zdaje się, już rzeczywistej mgle świetle... Lecz gdy i tego zapomnimy, gdy poczłapiemy, jakby żaba, martwym, posuwistym krokiem..., gdy nie w czas we śnie kolorowym zatrzyma nas jakaś wcale ładna, a jednak dostrzegająca nas pani...- wszystko zniknie, pufff, a my znikniemy ze wszystkim. A jedynym co zostanie, będzie nasze rozpaćkane pod samochodem na czerwono ciało, zdawać by się też mogło, nie bardziej wówczas realne, co mgła wokół, i deszcz, i tylko zielone już drzewa, i wszystko, co, śpiący, boscy, niegdyś kroczący we mgle, bzduraliśmy sobie do czasu w swych głowach...

A jako, że okaże się być to tylko rzeczywistość, nikt nas już nawet nie zauważy, a panie pójdą dalej...

...

Smutne całkiem, lecz pisałem, jak miałem zły dzień. Dzisiaj mam niezły, więc pewno bym na to nie wpadł. Korzystajmy więc, Drodzy, z gorszych, grosza niewartych chwil.

wtorek, 25 maja 2021

85.

Mieliście Państwo jakieś doświadczenia, tyczące się OOBE? Jeśli tak, zapraszam do podzielenia się nimi w komentarzach.

A jeśli idzie o mnie, nieraz, choć rzadko, a niestety w zasadzie jedynie sporadycznie, budząc się spontanicznie, doznawałem paraliżu sennego, więc, co wyczytałem, stanu, kiedy to rozbudzony umysł skonfrontowany jest z nadal uśpionym ciałem. Zaś to całe wibruje, a jest to nienaturalnie silne doznanie. W dodatku ciałem samym nie idzie wówczas nawet i poruszyć, choćby tylko koniuszkiem małego palca. Umysł zaś, zgodnie z wcześniejszym opisem, pracuje, rozbudzony, normalnie, przeciętnie, jak za zwykłego całkiem, szaro-burego dnia.

Doznając zatem tego oto stanu, czasem intencjonalnie starałem się, metodą prób i błędów, wydostać ze swej biologicznej powłoki. Czułem wówczas, jakbym unosił się, lecz nie rześko, zgrabnie, w kierunku światła i lepszego miejsca na świecie, ale jakobym przedzierał się przez czarną, gęstniejącą smołę, którą miało być, tak myślę, moje ciało, jednak, mimo to, parłem coraz wyżej i wyżej..., w uszach słysząc przy tym wszelkich częstotliwości szumy, trzaski, piski, słowem, w ten deseń niesprecyzowane dźwięki. 

Finalnie jednak, nigdy z ciała nie wyszedłem. Mimo, że umysłem byłem całkiem rozbudzony, na ten łez padół na powrót, zdaje się, ściągały mnie co i rusz skrajne emocje, więc z początku paniczny strach, a z czasem, gdy nawykłem do tego, co się mi przydarza, również i skrajna euforia, od której próżno uciec, nie będąc naraz wytrawnym, opanowanym mnichem. Wszak takie wyjście bardziej niezwykłą się zdaje przygodą, niż kierowanie traktorem za dzieciaka na wsi.

Mieli zaś Państwo z tym, co wyżej, własne doświadczenia?