Translate

sobota, 10 czerwca 2023

165.

Mało jest możliwe, by ktoś nas naprawdę zobaczył. Ale, och, oni przecież przechodzą tuż obok. I choć złapiemy po drodze wspaniałe relacje, nadal jest wątpliwe - mało, mało jest możliwe, dasz wiarę, by ktoś nas naprawdę zobaczył...
Bo przecież ciężko nas złapać, mieszkamy w sąsiednich pokojach. Tuż obok, mi powiesz, lecz kiedy zapukasz z grudniem, kolor ścian nie będzie przypominać... tamtych z zeszłej raptem tylko wiosny. A w lecie śnieg spadnie... Zapalą latarnie, znikną cztery ściany, a już go nie poznasz. To pokój, naprawdę? A za tym pytanie, czy naprawdę byłeś w czyim to pokoju?
Mój pokój..., jak uwielbiam z niego obserwować ludzi! Zmieniać meble, malować ochroną do drewna, tasować w nim układ pojedynczych roślin... I pić rozmaite herbaty.
W każdym razie..., z grubsza pozostaje taki sam, na co dzień, chociaż... mój pokój faluje... faluje niebiesko-brunatnie, w porze obiadowej, a odwrócisz głowę - to już go zupełnie nie poznasz. Choć dodam, po prawdzie, nic się w nim wcale nie zmienia - i to mój prywatny paradoks. 
W tym także możliwe, prócz mnie, nikogo w nim nigdy nie było. Do końca i na poważnie, a myślę, że również przelotnie. I bez metafory, tak powiesz. 
Kim jesteś? Odpowiedz.
Czy byłeś u kogoś w pokoju?

Gdy patrzę z ukrycia, jestem już tak bardzo blisko. Choćbym patrzył w oczy i choćbym dotykał... I seks, seks, seks to przy pełni księżyca..., mój Boże, jak często to przecież całkiem inny pokój, zamknięty na cztery spusty.
Mój pokój, niebiesko-brunatny... i z rudo-czerniawym kotem.
...

Ech...
Dziś jeszcze zobaczę sto tysięcy ludzi. I nikt mnie na serio nie pozna, zagram z gracją ciałem, pobawię się głosem, a kiedy się znudzę, odpocznę w prywatnym pokoju, faluje z cicha na brunatno (to dzisiaj). Wieczorem. Przy świecach... Ach, jak się powtarza. Gdy kiedyś czyjś znajdę, do kogo zapukam... Opowiem.
I ty, gdy ujrzysz człowieka, opowiedz, jak ten wygląda. Albo nie mów! Proszę, to nazbyt prywatne. I ja ci niczego nie powiem. 
Zapytasz, gdzie jestem? To tak nielogiczne. 
Gdzie są wszyscy ludzie? 
Nie wiem. 

Rafał Pigoń

p.s. Pisałem to w swoim pokoju,
falował niebiesko-brunatnie.

wtorek, 6 czerwca 2023

164.

Mało jest już ludzi, co słyszeli prawdę o prawdziwych samolotach z papieru. Słyszał kto z Państwa o takich? Te setki mil lecą do właściwej im tylko osoby, choć... spoglądasz w górę..., żadnego zupełnie nie widać.
To jednak nic wcale nie znaczy. 

Prawdziwy samolot z papieru... nie trzeba mu wiatru, a jedynym celem, do którego leci, jest zawsze ta jedna osoba. Przybiera przeróżne postaci. Są więc szybowce z wielkimi skrzydłami, są ścięte przy krawędziach strzałki, bywają, że lecą z papieru sterowce, z księżyca wyjęte króliki... A bywa, że spojrzysz, nic wcale nie leci, to bzdura!
Wspomnienie, obietnica, dla których powstały. To wszystko, komu przydaliśmy na tyle uwagi, by mogły uczciwie polecieć. 
I że zupełnie na zawsze... 
Wysłałeś komuś samolot z papieru?
To przecież naprawdę możliwe.

Lecą do niej. Obecność, z którą można zrobić zupełnie cokolwiek. 
A kiedy wreszcie to wszystko się skończy, to oby, zupełnie o nich zapomnimy. Być może, lecz nadal przecież... to wcale nieważne.
Te trwać będą nieme, tułać po kosmosie...
Jedno i prawdziwe, co po nas zostanie, na pamiątkę samolot z papieru.

poniedziałek, 5 czerwca 2023

163.

Inaczej od dziadka, lubiłem zawsze wchodzić do wielkiego lasu, to nie wiedząc, gdzie wyjdę drugą jego stroną, najlepiej w ogóle bez mapy. Bo dochodzić dokądś jest przesadnie trudno (młode pokolenie). 
Powiedzmy prawdę, dochodzić możemy po prostu po łebkach, dochodzić można z cicha pęk, czasem w cudzysłowie (bo "w cudzysłów" dochodzą idioci), lecz przy tym w naszej kulturze uchodzi jednak, by dojść gdzieś do czegoś naprawdę. "Patrz, on doszedł do czegoś w swym życiu." "Dojdź także do czegoś na końcu." Dokąd? Tego nikt nie chce na końcu powiedzieć. Na tym właśnie końcu.

Więc ja powiem tutaj, że mi, to również "tak naprawdę", czasami wystarczy dojść tak po prostu do siebie...

A zresztą... dochodzić, Drodzy Państwo, winno się solidnie, najlepiej tak do końca, a jednak nie wypada dochodzić nad wyraz przesadnie, bo wkrada się w to słowo już jakaś niegrzeczność. Niestosowność może... Nie wszystko należy powiedzieć... Czasami coś przemilczeć warto, być może..., a niekiedy obejść, wręcz polawirować, lecz i tak, by nie narazić się na wielokropek "Coś kręcisz...". W każdym razie... dochodzić wypada po prostu ostrożnie. "Trochę ogłady!", ktoś powie. 

Ach, ileż pułapek jest w jednym tym słowie!
Dochodzić nie należy również nazbyt długo, by nie posądzono nas o marazm, lenistwo. Miernotę życiową. "Nieudacznik", mówimy. Ale... dochodzić tym gorzej jest przesadnie szybko, podejrzanie jest dochodzić zbyt często samemu, nie wypada dochodzić w tym samym pokoju. Snobem jesteś, dochodząc też nazbyt poważnie.
Nie uchodzi dochodzić po łebkach, to było!
Dochodzić do sedna, dochodzić do prawdy, dochodzić wypada do samego celu. "Dojść do zwycięstwa", powiemy, ale raczej nikt nie będzie nam kazał dochodzić podobnie do kłamstwa. Do kłamstwa najczęściej się dopuszcza, w kłamstwie najczęściej się babrze, by ktoś inny mógł się kłamstwem najczęściej obrzydzić.

Dojść można "do...", "z...", ale nigdy "o...", chyba że o czasie, a w ogóle to wypada wcześniej troszeczkę pochodzić, choć w końcu, myślą Staffa, i tak "zawsze się dochodzi gdzie indziej, niż się chciało", więc po co w ogóle to wszystko? I jak warto chodzić po lesie? Zresztą w tym słowie kryje się pewna elegancja, poetyckość. Nie chodzi się przecież, jak kot z pęcherzem i nie widuje, by chodził ktoś z wywieszonym ozorem! Dość! Dojść..., bo zresztą... i tak się zawsze gdzieś dojdzie i nie na manowce, bo tam można tylko zajść. Powinienem już kończyć, mamy koniec dnia, a czy do czegoś doszedłem? I kiedy dojdzie herbata?

162.

Cóż lepszego być może na burą samotność, niż słusznie parzona herbata? 
Oplata cichcem, do końca, naprawdę... 
I że na cały wieczór.
"Siorbniesz mnie z lekka - oparzę z ukosa, niby przypomnienie, że jest tuż przy tobie moja stygnąca obecność". 
Jej ciepłe wspomnienie w żołądku...
Podejrzę spod nosa - mieni się pod światło.
"A kiedy paruję...", to jakbym mógł nieomal chwycić Cię za rękę...,
grzejącą w deszczu, w intymnej porze
przy książce w łóżku, w porannym w biegu...
Sączysz się ze mną...
w zieleni, 
brązie, 
w kolorze...,
moja gorąca Herbato.

środa, 24 maja 2023

161.

To w istocie koniec. I owszem, lecz kiedyś w jednym artykule napisałem, że wrócę tu, by rozwinąć temat. To dla tych, którzy po latach może się tu zapodzieją, powracam. Zresztą..., zbyt się tu urządziłem, by to zupełnie porzucić, i aby pominąć, że dobrze.
...

161.

Depresja jako patologiczna niezdolność do produkcji energii, a z braku lepszego mi słowa, siły życiowej na potrzeby własne, więc nie tyle do przeżycia tylko, co z tym egzystencji, jakkolwiek by złożyć, spełnionej, witalnej, a po nitce z tych słów gdzieś na końcu, mijając siłę i kołdrę na głowie, dojdziemy również do uśmiechu.
Uśmiech niech będzie "na końcu".
Lecz zanim..., jak sądzę, ten brak, zdrowiem idąc, powinien być uzupełniany - sam z siebie, przydając nadwyżkę, jak wyżej, nie tyle, że do życia właśnie, co z tym do naszego "na końcu". 
Co dalej, nie uważam, że zawsze powstaje ten z czasem, a choćby w wyniku spotkanych wydarzeń losowych, które najczęściej, stwierdzę, jedynie popychają nas bezwolnie w nieuchronne - ten brak perpetuum mobile powinien być od dużych liter.

Więc idźmy, jak rak, tenże wewnątrz, gdzieś weń zapisany, czyha tylko, wychynąć, podrzucić przed nami, że dalej niczego nie będzie. Że guzik! Że to, co wykorzystaliśmy dzisiejszego dnia nie odnowi się na powrót na więcej, niż by zwlec się z rankiem na poranne siusiu. Ach, zniknie, zwieje od nas jeszcze tejże nocy!
W każdym razie brak taki zmuszeni jesteśmy uzupełniać sami, chcąc ciągnąć swe życie za włosy i w każdym też razie na siłę. I z tym dla naszego "na końcu"! 
A tak myśląc, w paradoksie, depresja jest tutaj w możności zapewnić nam wcale po naszemu życie, idąc myślą, że jeśli na siłę choćby nie zmusimy się do jakiejś zmiany, brak nam na chwilę, co prawda, choć jednak, uzupełniającej, nic samo nam w serce nie skapnie. I weźmy przy tym, że zmiany te będą krzepiące, budujące i to wszystko za nimi, co może być z nich dla nas dobre...

Chwilowa energia wzięta ze zmiany, uwagi drugiej osoby, miłości. O mój Boże, tej to przede wszystkim! Wszystko, co na chwilę, a co daje nam to piękne "na końcu" i do następnego razu. Jakby to rozwinąć, depresja jest "dobra" dla leniwych ludzi, o ile odpowiednio tę ciągnąć za włosy. 
Znaleźć te odpowiednie pod włosek ciągnięcia, na siłę ciągnąć, budować swe życie, by wciągnąć tę radość raz tylko, by znów, aby znowu, na końcu i raz, by dwa jeszcze!
A choć ucieszy nas ono tylko na kolejny dzień, na wieczór jedynie, na powrót nocą okrywając cierpieniem, nieważne! Jutro wymyślę coś znowu, potrzebuję szczęścia, potrzebuję śmiechu!
Zarobić na powód do życia..., być może.
I tak do "na końcu", ku w rogalik śmierci!

A przynajmniej nie będzie stąd czego żałować, 
na końcu.

piątek, 23 grudnia 2022

160.

Mgliste przestrzenie senne są miejscem, że kiedy doń trafisz, pomachaj samolotom z papieru - miłe pożegnanie, bo w istocie, to one Cię doń prowadziły.
Zasłaniasz usta szalikiem, jest tu bardzo zimno, a kiedy otworzysz oczy... spomiędzy łysego pagórka wystawać będzie stara i z lampą, drewniana pod mahoń chatka..., to z długą paprocią w środku...,
...gdzie wątłej postury starzec częstuje zieloną herbatą... Z papieru, przelotne spojrzenie w oczy. Ah, po czym poszedł skrobać coś w swojej maszynie (i przy tym nic całkiem nie mówi, nucąc niemrawo z ukosa). Obok latać będą malutkie robaczki, palące się w płomieniu świecy. Dalej, jak spojrzysz za okno, widzieć możesz wielką nad dom lokomotywę i rząd pod horyzont wagonów, lecące w rytm nucenia sanie, a i resztę z wielkich magicznych przedmiotów, nie mieszczących się obok, w środku - kilka magicznych skrzyneczek, samolot bez skrzydeł, a z dziobem, naraz bez pasażerów. I te już do końca złożone. I kilka mi ważnych kamieni, choć nie masz pojęcia, jak ważne są one w istocie. Na razie pijesz herbatę. Kartki białego papieru...
Choć nie ma tu głębokiej treści, to zwykła, zielona herbata, ja nigdy jej nie lubiłem.

Mgliste przestrzenie senne... To miejsce - obraz, gdzie idziesz doń (możesz), kiedy jesteś chora. Czy sama, przed śmiercią albo gdy świat ten wydaje się dawać we znaki. Stateczny i mglisty. I w nocy..., pod brunatnymi gwiazdami. Jak obraz z galerii w muzeum. Jest jakby skądś zaproszenie, jakby kreowanie świata, bezpiecznej przystani dla gościa, gdzie jedna gorąca herbata potrafi uzdrowić, w tym ogrzać, i wyrwać Cię w mig z odrętwienia. Jest inny na wiosnę niż w grudniu. Przychodzisz tu tylko na chwilę i zawsze zupełnie samotnie. Powoli zamykasz oczy, w takt turkającej maszyny... A kiedy znów się obudzisz..., mgliste przestrzenie senne, jak tafla mgieł pod nieboskłon, jak obraz z chwilowej przestrzeni, jak klatka starego wspomnienia, na powrót są nieruchome.
Choć przejdą rozmaici ludzie..., to nie poruszą się więcej.