Translate

piątek, 25 listopada 2022

154.

Są wielkie dziedzińce na Niebie, do których prowadzą tylko małe nitki wody, ciągnące się długo po świecie.
Przez pola do lasów, przepełniając opuszczone studnie, wpadają do wielkiej rzeki, obiegającej Ziemię.
Istniały kiedyś wielkie plany odszukania wszystkich takich nitek, skończone tym, że zawsze trafiali na nie tylko ci jedynie, po których życiu nikt niczego wielkiego by nie oczekiwał, i którzy mieli światu najmniej do udowodnienia.
Mówiono, że należy włożyć do podobnej rękę, jakby w szczerym darze, a ta brała od nas, i nosząc ku Niebu, i wśród innych ludzi wszystko, co sercem chcieliśmy przekazać. 
Tak niosły się po świecie najprostsze uczucia ludzi całkiem prostych, i szczere do bólu zębów. Prosty strach do tego, co spotkać mogliśmy bez pochodni w nocy i pierwsze zachwyty nad światłem. Tak też niosły się wspomnienia prawdziwej miłości i co po niej w końcu zostało. I że przyjdzie nam zaraz umierać, i te wszystkie nieskładne utwory... I wiersze wiejskich poetów.

Ale to całkiem dobrze, myślę. Bo nikt by o nich nie usłyszał, nie mówi się o nich w ogóle. Pamiętasz, kto to napisał? Nie znam takiego człowieka. 
I nie znam też nitek świata, a jeśli nawet, zapomnę, gdzie ją już prawie mieliśmy...

Chodź ze mną, mówią, bez ciebie zupełnie się tutaj pogubię. A szukam pewnej osoby, mam jej do przekazania coś bardzo od serca ważnego.
A nieraz to całemu światu. 
A w końcu i boskiemu Niebu.

czwartek, 24 listopada 2022

153.

Co czyni nas bliskimi Bogu? Czyni nas tworzenie myśli. A szczególnie tych, o których pamiętamy, przebywając z nimi do białego rana, i nie mogąc zasnąć... I badając je, i w wiośnie, i grudniu, opukując, to przydając tym większej uwagi, na którą stać tutaj można jedynie człowieka. I patrząc, bo o zachodzie już mogło się spełnić...

Swego czasu mówiono mi, że Bóg lepszy jest, choć jedynie w magii. Że może pstryknąć, ot, a każdą myśl zaświeci wielkim, jedwabistym światłem, co przysłoni jemu pozostałą pustkę. Że nastąpi światłość. To wielkie i białe, uświęcone światło... Że jest to wszystko tak proste i że patrzysz, i już masz przy sobie, co najbardziej kochasz. Mówiono też, że Bóg, a On czasem ma zazdrościć swemu człowiekowi. Jego ciężkiej pracy. I tego, że swe światło musi wzniecać od rana na nowo i męczyć się przy nim zmarznięty. Że czasem się nie udaje. Że żadne następne nie przypomina swego poprzednika. I że sam nie wie, jak z zimna mieć drętwe ręce.

Podchodzi wtedy, niewidzialny lub w bez podejrzeń postaci, sprawdzić, jak bardzo może być gorące. A bywa, że sam się oparzy. Światło człowieka, to chwilowe i niedoskonałe, i chwiejne, zostawiać zwykło największe wspomnienie... Bo też, to oprócz pstryknięcia, świecić ma jeszcze dniem każdym dla niego przez nas poświęconym. I nocą bez snu oraz płaczem, płonąć ziszczonym marzeniem...

Jest więc z rzeczy wyróżniających człowieka najważniejsza ze wszystkich uwaga i myśli, co niesie wraz z sobą. I dobro, co może z niej powstać, i zło, co mu dała początek. Światło, które za sobą niesie, śmiertelne, a jego wspomnienie, jakby za nitką dymu, tam będzie istnieć, co niebo, a czasem, co bywa i za nim... I tak już do końca świata.

wtorek, 22 listopada 2022

152.

Nikt nikomu nie każe wychodzić z pokoju. Jeśli już w ogóle, jest to nasza wina. Wybiegamy z niego, tulić się do świata i poznawać jego magiczne sekrety, pojęcie tracąc o nim na tyle na dobre, że gdy świat nas tylko nadto mocno złaja, naraz, patrzysz, jesteśmy bezdomnymi. I bardzo zimno nam w stopy. Tułając się po świecie, patrzymy pokoju, najczęściej to zaś w innych ludziach. I na jak długo nam starczą... To tak jakby ich wynajęcie.
A gdybym miał dać sobie, młodszemu, jakąś dobrą radę, nie nastawałbym na tą nachalnie za mocno, bo pewnie bym zaraz zapomniał. Albo i źle zapamiętał, zrozumiał albo jeszcze..., w każdym razie bardziej przypominałbym sobie o samowystarczalności, przede wszystkim właśnie o koncepcji domu. Choć z pewnością bym w nim się nie zamknął, bo też, Boże, ileż można patrzeć na te same, a choćby na niebieskie ściany i na liście wchodzące zza okna. I byłaby tam jesień, odrobina wiosny..., to zresztą teraz nieważne. Lecz jednak, starałbym się wytłumaczyć, że jest to na końcu jedno w świecie miejsce, które zawsze pozostanie dla mnie jedynie otworem, a to siłą rzeczy. Że mogę zdecydować, kogo za drzwi wpuszczę i kto ma się w moment wynosić. Zupełnie na dobre. Gdzie przestawić mebel i jakie mają w nim wisieć obrazy, i liście..., to znowu, i że nikt mi nie może zabronić... I myślę, zbyt rzadko przypominamy sobie o tej ważnej kwestii. Zbyt rzadko, a to najczęściej, kiedy jest nam pięknie i pięknie jest także na świecie, kiedy świeci słońce i w ogóle to same uśmiechy...

Więc gdybym miał dawać sobie jakąś radę z życia, nie robiłbym tego za często, nachalnie za mocno, to przy tym, na końcu zaś siebie przytulał. Chociaż jedną może, oszczędziłbym sobie całkiem sporo czasu, gdybym w czasie deszczu nie pożyczał od innych non stop parasola, pytając o schronienie na noc. To tak, jakby wzejść miało z rana jakieś wielkie słońce... 
I świecić do końca świata.

https://youtu.be/r1CM68Z3z0A

niedziela, 20 listopada 2022

151.

Wiecie Państwo, czuję, a czasem to nawet za bardzo miewam podobne wrażenie, że wszystko powoli się kończy. I że skończy się całkiem totalnie, zupełnie naprawdę. Definitywnie i te wszystkie słowa dalej, które niby mi się podobają, to prawda, fascynują, to również, ale przy tym to wszystko z bezpiecznej do nich odległości. I że będę mógł zawsze zawrócić... Odczuwam je poprzez włosy, po myciu, przez wszystkie dwadzieścia palców i podczas podróży autem, co bywa już niebezpieczne. Ale, w każdym razie..., może to wszystko i prawda...

To więc do wszystkich, którzy ze spokojem dzisiejszego dnia przyglądali się wodzie i do tych też, którzy się do niej rzucili (bo kto wie, czy nie przeczytają). Do tych, co przyszli jedynie posiedzieć, ktoś połowić ryby... Ja lubię popatrzeć. I do tych, co boją się wody. I co się na niej nie znają, co nigdy jej "tak naprawdę" w życiu swym nie widzieli. To jest do Was wszystkich, bo my wszyscy, no przecież, kończymy zawsze w tym samym i tak, podobnym od nazwy miejscu. To robi się powoli nudne. Ale... wróćmy, więc w wielkim, drewnianym i nad wodą domu, z najlepszego drewna pod jesiennym niebem, stąd tak mnie też do niej ciągnie... 
Ah, i to mój dom, a czy słyszeli Państwo kiedyś o "Domu pod Jeleniami"? Był, choć tak naprawdę bywał czasem tak wielki..., choć inni mówią, że bywa i równie mały, co przytulny, jak hobbicia nora, i że idzie spotkać najróżniejsze wersje. A kiedy odwracasz głowę, by go z miejsca spotkać, widzisz mgłę i opadłe liście... A kiedyś, patrzysz, tu wcale go nie ma. Gdy po czasie idziesz, kiedy już za późno, to nieraz, czasami... łapiesz go wtedy przelotnie. Jak rzednieje niebo, niektórzy widują go w chmurach. I kto to w ogóle zrozumie? A bywa czasem ostatnim i pierwszym (być może) widokiem, kiedy przyjdzie Ci skakać z balkonu - jakiegoś innego balkonu, nie był Twoim domem. Gdy idziesz lasem, to drzewa przypominają jego pod niebo kolumny...
"Dom pod Jeleniami", choć nie sądzę, by ktoś wiedział naprawdę, skąd wzięła się taka nazwa, jest dużo zbyt sprzecznych opinii. Mijasz go codziennie w porze obiadowej, a, patrząc w lustro..., - dobry wieczór, dzień dobry - już tak naprawdę w nim jesteś. Jesteś w swoim domu. W dzień być może zupełnie nie przypomina już tego, co spotkać w nim możesz nocą, wieczorem, a choćby już w samo południe, i jakie będą w nim kwiaty... Choć czy w ogóle być muszą? W każdym razie - "Dom pod Jeleniami"..., on nigdy nie bywa podobny do domu, który odwiedziłeś swym ostatnim razem, choć nadal przecież... jest on tym samym miejscem (?) - słyszałem przeróżne opinie. I bywa jeszcze, to muszę powiedzieć, że w ogóle go nieraz mijamy, otaczamy lasem, czasami to drutem kolczastym, a niekiedy bywa, że wybieramy za dom nasz całkiem odmienne miejsce. I czasem z powrotem wracamy, zatrzymujemy się, to tylko na chwilę, a może... nigdy nas w nim już nie będzie.

Czym jest jednakże "Dom pod Jeleniami"? Nie wiem nic całkiem na pewno. Jednak głęboko wierzę, że jest tym ostatnim miejscem, co czeka nas po samej śmierci, po niej to nawet i pierwszym, lecz że na pewno tuż przed nią. Bo choćby otaczało nas gro najlepszych ludzi, zwykle nie słyszy się wtedy ich głosów. W takim domu bywa z reguły bardzo mało gości, ale, na pociechę, nikt nigdy nie będzie bezdomnym. To miejsce, którego szukamy, ale to nigdy nie odstąpiło od nas ani odrobinę. Wielkie, zajmuje mało miejsca..., to wcale nieważne. To miejsce, do którego uciekają małe dzieci, kiedy nakrzyczą na nie dorośli. I miejsce, w którym zazwyczaj musimy się wypłakać, kiedy ktoś nas rzuci. I miejsce, z którym, co sprzeczne, mamy zbyt mało wspomnień, proszę, musimy jak najszybciej je przecież nadrobić! Lecz miejsce też..., a jeśli już mamy wspomnienia, to takie, przynajmniej u mnie, zupełnie totalne, jak wszystko to przecież, co ma się już zaraz zakończyć...

Więc miejsce..., wiecie Państwo, nie wyobrażam sobie, by po śmierci nawiedzili nas Bóg, garstka świętych i rzesza anielskich znajomych. Uważam, że jeśli już coś ktoś będzie, to będzie tam też bardzo cicho. Ja więc włączyłbym radio i poczytał książkę, a najlepiej Lema - "Dom pod Jeleniami" to miejsce, gdzie na wiosnę nie poznasz go w grudniu - są więc to rzeczy, które, to tylko na wszelki wypadek, przeważnie pod ręką noszę.
I Państwu swe nosić radzę.

czwartek, 17 listopada 2022

150.

Wszystko więc rozbijać się ma o jedną zapałkę, która raz pali się, a to całkiem mocno, raz tli się, raz tylko odrobinę, przeważnie jednak po czasie palić się sama nie może.
Widziałbym to w wielu kwestiach, jednej warto się wystrzegać, mianowicie uciszania. Bywa ono, mam wrażenie, przeprowadzane w nadmiarze zbyt często, zwykle w młodym wieku, swoiste duszenie, nakładanie klosza. Objawiać by się miało, o ile jest prawdą, strofowaniem, przesadnym, w oddaleniu od towarzystwa, by, kiedy w nim się takie dziecko znajdzie, zachowywać się miało pod włosek statecznie, poprawnie, by nie przynieść wstydu, odpowiednio zaprogramowane, jak pajac na sznurkach. Robimy to w zbyt wielu kwestiach, jest to gaszenie zapałki. 
Która ponownie rozpali się szczerością i szczęściem raz jeszcze, witalnością..., a może niekiedy ponownie i znowu..., lecz im częściej będziemy ją gasić, na wiele sposobów, choćby cięższym słowem, tym palić się będzie mogła coraz tylko słabiej, aż w końcu zupełnie nam zgaśnie.

Takie dziecko będzie od tego czasu uzależnione od świata, od miłości, od uwagi innych, z początku rodziców, nie mogąc wytworzyć żadnej z tych rzeczy na własny swój tylko użytek. Stanie się żebrakiem ognia. Nie zapali się samo, a jeśli zrobi to na chwilę, zgaśnie zaraz, mając głęboko zakorzenione w pamięci wspomnienia o poprzednim, za dziecka za mocnym zdmuchnięciu, to wciąż żywe, głębokie, nie da mu nigdy spokoju, przywołując samo siebie w najmniej adekwatnym, szczęśliwym momencie - przypomnieniem, że nie jest to naturalne, "jakby ogień dla zapałki", i że zaraz to wszystko się skończy długą nitką dymu.

W mojej opinii nie idzie tego naprawić, zmienić. Zgaszenie takie od teraz stanowić będzie życie dorastającej osoby, z którym będzie musiała się oswoić, poznawać, pukać. Nie widząc zaś ognia w środku i z zewnątrz, stworzy sobie swój wewnętrzny świat, gdzie rozpali tysiące zapałek, zmieniając je na nowe, to znowu, wypatrując zza okienka ludzi, którzy przyjdą rozpalać z nią razem. I będzie mówić do siebie, opowiadać, uspokajać, snuć plany na przyszłość, to wszystko w poszukiwaniu ognia. A bywa, że ludzie tacy, rozmawiając ze sobą, w ogóle zbyt rzadko to praktykujemy, oddzielają swoje odpowiedzi, przypisując je zmyślonej postaci, dającą ułudę zewnętrznego ciepła.

Na zakończenie, nuta introwertyzmu, w każdym razie w zimnie dogłębnie można poznać siebie, być ze sobą i znać się bez czapki, to do czubka głowy, to mając za sobą setki godzin rozmów, wcale wewnętrzny domek i tysiące w nim dla nas zapałek. To bardzo samotne, wypatrujesz jednej, a tak naprawdę wypatrujesz stu tysięcy osób, od których można by pożyczyć ogień, która cię nie zdmuchnie, choć na końcu nigdy takiej naprawdę nie znajdziesz. Macie, Państwo, ognia? To o wiele lepiej, być może, choć długo by było teraz o tym mówić. Zamyka się wtedy okno, a wkoło tysiące zapałek, siada się w w miarę wygodnej pozycji i gada, gada, wciąż gada ze sobą, próbując się rozpalić i dzieląc się, to znów jedynie samemu ze sobą, swoim dziecięcym, z dawna zapomnianym światłem... 
To bardzo esencjonalna chwila.

wtorek, 15 listopada 2022

149.

Subiektywna historia losowo zasłyszanej piosenki, ku pochwale radia

Gdy nam śpiewał Elvis Presley, na pewno nie było elektronicznych tachografów. Jeździło się na tarczkach, na przepięknie niszczącym świat i liście dieslu, burej suce. Nosiło się długie skarpetki, wyrywało Panie na głos Presleya, Boże, a kto to dzisiaj pamięta... A jeszcze, prawie bym zapomniał, nie było żadnych nawigacji. Szukaliśmy miodu, kobiet i gdzie rozładować plandekę na nosek, kierunek wiatru, gdzie ślinka poleci, pieprz rośnie, a gapowiczka pokaże... I istniały syreny. Nie roniliśmy łez nad przebitą oponą, mieliśmy trzy wielkie słońca, jeden długi księżyc, a nocą... to gwiazdy na niebie - nie wiem, przecież wtedy nie żyłem, ale wydaje mi się, że świat nasz był wówczas jakoś mniej oświetlony. I o wiele piękniejszy, istniało przecież sporo więcej nam dzisiaj wymarłych gatunków.

W ogóle wtedy było jakoś fajniej, to zawsze, nawet fajniej było skubać się wówczas w brodę, mieć dzieci, dom i posadzić drzewo, choć śmierć była zawsze niemal taka sama, nigdy ta się nie zmieniła. 

A jeszcze śpiewał nam przy tym wszystkim Elvis Presley...

https://youtu.be/MFmxxh1mMeQ

czwartek, 10 listopada 2022

148.

Wysublimowaną formę światła stanowią lampiony. Te złote, a najlepiej snujące się bez dźwięku po niebie, bądź lepiej, zwisające z zepsutych latarni. Powinny być złote, choć zdarzają się często przeróżnie ciemniejsze, więc w roli bursztynu lub takie, mające w sobie któryś zachód słońca. Kilka chmur pod światło, owada w środku, w każdym razie uwielbiam świecące lampiony, i że się obijają po ciemku...

Przede wszystkim lampiony wędrują po niebie. Często jasnym i takim - zupełnie w błękicie, i, prócz samolotów, muskają dziecięce latawce. Kończą z dziurami po ptakach, a jednemu udało zawędrować się w to miejsce, z którego wyleciał. Okrążają Ziemię. Choć nigdy już tu nie wrócą, wracają po dłuższym czasie. Lecą ci w ręce, a chcąc się na powrót przytulić, nie zawsze ci o tym powiedzą. Choć zwykle na końcu mówią, to bardzo dziecięce światła. Wypuszczasz je, machają, że niby na zawsze. Wstajesz rano, z brodą, a szukając kapci, na powrót się o nie potykasz. I jakby nic się nie stało, oklejasz je taśmą klejącą. Albo zaszywasz pod kolor. Och, bo to są piękne lampiony. Z dziurami po wszystkich ptakach.

Ale wcale, wcale lampiony bywają późniejszym zachodem. Widziałem takiego jednego. Ten jest..., był naprawdę stary, więc ciemny, gonisz więc, to chcąc go posłuchać. A on niby goni też ciebie. Mają długie sznurki, byś mógł doń doskoczyć i złapać. I bierzesz, zakładasz na głowę i widzisz same świetliki. I patrzysz, to trup, już bez światła. I leci na ich skrzydełkach! I proszę, trafiłeś na pogrzeb... A czasem na ściankach idzie trafić na wcale wspaniałą historię. Na kapcie i bujany fotel, i kilka straconych miłości, kredyt. I jak było skakać na bungee. W swoim trafiłem na wojnę, był starym już bardzo lampionem. Zostawmy takie, idąc za nim, na pewno się w nocy zgubimy. Właśnie, a już zaraz ciemno... A biorąc takiego do domu, to jakby go zabrać na księżyc, to przecież nie tak wcale powinno na końcu wyglądać.

Nocą lampiony kojarzą mi się już z samą miłością. Czatujesz przy rzece, bez celu rzucając kamienie. I nic już nie może cię spotkać. No, to może poza lampionem... Kocham go, jestem zakochany. I miał wcale cudowne światło, a to najprzedniejszej klasy, jedno światło w nocy, wskazujące rzekę. Ale to nie ma znaczenia. Podchodzisz do niego i on też tak jakby lecieć miał również do ciebie. Jakoby, być może, możliwe, lecz nigdy to wcale, na pewno. I skaczesz, ten łapie cię (jakoby być może), wchodzisz do środka. Zresztą nikt nie zmusi mnie, bym opowiedział coś więcej. Jedno, co ważne, na wszelki wypadek, to zapamiętaj swą drogę, zostawiaj malutkie kamienie, byś całkiem się w nim nie zagubił. Jest ogromny, choć możesz i trzymać go w ręce, jak balon, niby cylinder na głowie, na końcu mieścisz się cały... I mówię wciąż o nim, głupi, choć powinienem już skończyć.

Tak czy inaczej, lampiony... Jest pewnie ich o niebo więcej. Kto je w ogóle miał stworzyć, był mistrzem w swoim pomyśle. Lampiony, i w zasadzie tam chciałbym kiedyś zamieszkać, znalazłem już nawet swą rzekę. I nitkę do powrotnej drogi, a po niej... i blizny po wszystkich ptakach. Lampionem świecącym po świecie - na złoto, pod kolor bursztynu, okrążając Ziemię... A potem do barwy zachodu...
By w końcu światłem świetlików.