Translate

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

138.

Jakie wyróżniliby Państwo formy pasożytnictwa psychicznego między ludźmi? To z własnego doświadczenia, jak i z przemyśleń w tej kwestii.

Ja wymieniłbym od siebie takie dwie przynajmniej, które współistnieć często mogą wzajemnie w symbiozie, a w takim wydaniu, że jedna osoba raz jest pasożytem, to wobec drugiej, a raz też na odwrót - ofiarą.

Więc idąc do rzeczy, pierwszą taką osobą może być ta z uczuciową dziurą, zatem z brakiem poczucia wartości, przede wszystkim miłości, której potrzebuje, to jedno, a której nie może nijak znaleźć w sobie, szukając, bezwiednie zazwyczaj, u innych, to karmiąc się cudzą uwagą. Żebrząc o nią, poświęcając się, w końcu męcząc, to szczególnie osoby, na których faktycznie tej osobie (pasożytowi) gdzieś w środku i szczerze zależy. I których nie chce w żaden sposób skrzywdzić, co prawda, lecz jednak - żywić się musi ich, jakoby to nazwać, energią, wolę - uwagą, stosując często, choćby i bezwolnie, psychologiczne ku temu metody np. sprawiając, by druga osoba, zatem ofiara, odczuwała wyrzuty sumienia, że zbyt mało poświęca jej czasu, przede wszystkim siebie, że mogłaby starać się bardziej i bardziej, a to już w zasadzie bez końca. Bo głód miłości, uwagi, wynikający z własnej pustki w tej kwestii, nie uważam, by zostać mógł jakkolwiek zaspokojony. Osoby te uzależniają drugą od siebie, choćby miały najlepsze intencje, a i były wymarzonymi z charakteru ideałami (może być także na odwrót). Oplatają w sieć swoją ofiarę, powoli sącząc z niej soki, a by ranka nie skrzepła, wtłaczając poczucie winy, że mogłaby przecież dać więcej. W istocie to istny wampiryzm.

Drugi rodzaj pasożytnictwa, jak sądzę, a będzie ich wiele, choć te już dla Państwa zostawię, to osoby żywiące się fascynacją wobec drugiego człowieka, idąc dalej - już całego świata, poznając go na nich w zasadzie. Nic to wcale złego, o ile, jak sądzę, będzie transparentne. Jeśli zaś nie, będą z ludzi czerpać, doświadczać ich, smakować bez tych całkiem wiedzy, nie zastanawiając się, że ci mogą mieć wobec niej zupełnie inne, poważne często zamiary. Zatem zwodzą i kłamią siłą rzeczy, a nie wątpię, że bezwiednie nawet, doświadczając na nich samych właściwie swych odczuć, uczuć, emocji, ucząc się ich często po raz pierwszy, poznając, to nie mając pod siebie jeszcze wytyczonych pojęć, jak "miłość", "zauroczenie" choćby, rzucając nimi bezmyślnie. Po czym nudzą się taką osobą zupełnie, kiedy po czasie jej smak się powtarza, zostawiając ofiarę, biegnąc radośnie smakować co kolejnych ludzi, uczuć, emocji, by uczyć się także na reszcie, pojęcia dalej nie mając o kanibalizmie, który zostawiła, nie mówiąc już wcale o zgliszczach, jeśli ta druga osoba by głębiej w relację tę weszła. 
Jak mówił to raz Mały Książę, istnieje fundamentalna odpowiedzialność za to, co się oswoiło. 

Nie trudno połączyć tych dwóch pasożytów. Gdzie jeden ssać będzie, niekochany, uwagę, wodzony słowami miłości, które w jego ucho sączyć będzie z kolei ten drugi, czerpiąc fascynację z pierwszego, poznając i ucząc się na nim, o ile jakkolwiek ten będzie ciekawy. I, jak wyżej, do czasu. Potem jeden, znudzony, odejdzie pożerać już innych, a drugi... drugi właściwie to samo.

Co warto podkreślić, a co już to często robiłem, tacy ludzie nijak, jak sądzę, nie są potworami, robiąc to często i bez świadomości - siebie, swoich zachowań, problemów, uczuć, co wynikać by mogło z wychowania, przeszłości, na której fundamentach kształtować się mogła psychika.

Nie wątpię, pasożytów o wiele jest więcej (stąd właśnie powyższe pytanie), być może sami takimi jesteśmy. Analizujmy więc siebie, obserwujmy wzajemne relacje, ludzi i to, jak mrugają powieką, by bardziej co rusz to być ich, jak też siebie świadomym.

niedziela, 28 sierpnia 2022

137.

Zastanawiając się nad utylitarnością Pana Boga, dotarłem do przepięknego mi zestawu LEGO, dokładnie nr 21318. Mam nadzieję sobie taki kupić, to głównie dla jesiennych liści.
Chciałbym na nim skończyć, to "na żywo" nawet, to jest na środku piaszczystej pustyni - w nocy, z długim za rękaw teleskopem, jabłkowym sokiem i "Edenem" Lema - obietnicą pod gwiazdy rakiety..., o tym nieco później (Ach, i dajmy spokój z ujemną temperaturą, bo przecież, po prawdzie, to wcale nie żyję.).

Bo dalej byłby pomarańczowy wschód, by w dali znów, to już pod horyzont, stał tam mój pierwszy samochód, niedosięgły, choć wówczas by palił (zwykł jeździć przy ładnej pogodzie). Mam nadzieję przynajmniej, że się dla mnie zjawi. Sądzę, mogłaby być to wizja pośmiertnego czyśćca, bo też nie byłoby tam ani jednego człowieka, prócz mnie jedynego. Boże, i tych mi co bliższych. I żadnej mi miłej istoty.

To wówczas bajałbym, tworząc wyimaginowanych, wyidealizowanych ludzi, na dobre sięgając szaleństwa, przyjaciela, haremu co lepszych mi "dziewic" - to wszystko w niebieskim pokoju, przy obrazie morza - w moim domku na drzewie - musiałby wisieć ten obraz. "Brandy, jesteś cudowną kobietą i byłaby z Ciebie żona, ale marynarza wybranką może być jedynie morze i dla niej poświęcił swe życie." Potem kolejny łyk soku. I zielone liście, bo właśnie w tym zestawie liście można by zmieniać.

Marząc o jednej osobie, prawdziwej, myśląc, jak wyglądały banany (zupełnie ich tutaj nie znoszę), brałbym kolejny łyk soku od szczęśliwej tu ze mną, wytatuowanej murzynki. Chcielibyśmy zapalić światło, bym mógł się na dobre jej przyjrzeć. I wówczas, tak być by mogło, na włączniku siedziałaby ćma, nie cierpię tych nocnych motyli. Uciekłbym, wypatrywać rakiety. Samochód majaczyłby w dali, a fikcyjna (nie pamiętam, która to była dokładnie) niosłaby kolejny już karton jabłkowego soku (Boże, ale ileż można!) z żółtymi od zestawu liśćmi.

sobota, 27 sierpnia 2022

136.

To działoby się zachodem, bo tam patrząc, chowamy ukryte marzenia. Pewien radziecki urzędnik wracałby wówczas z roboty, och, a ciężkiej roboty w spoconych od lata półbutach. Rzuciłby neseser, z niepamięci (weźmy pod uwagę ramy czasowe materiału) włączając zza rękawa zdobytego "Kubusia Puchatka" - na magnetowidzie. Jak na film erotyczny przystało, właśnie teraz nadchodzi do kulminacyjnej części. Zatem mężczyzna pedantycznie zdejmuje skarpetki, składając wnet spodnie pod kancik i już, już wnet mają to robić (Mężczyzna powinien posiadać też, nielegalnie, miód jako erotyczny rekwizyt.) pod ucieszne melodie Stumilowego Lasu...

Wtem wnet to na ekranie, miast grubiutkiego misia, pojawia się oko z powieści Orwella, nakazując robić to i przed ekranem, i do melodii sowieckiego hymnu... W pokoju rozlegają się potężne uderzenia trębaczy... W oczach dwojga wzmaga się bunt i cierpienie, czego seks jest tylko pruderyjnym, z musu zmumifikowanym wyrazem.
Wówczas, to koło dwudziestej minuty, wchodzi wcale... nastolatka, w makijażu, rzucając zachodnie stringi na ekran, namawiając ich do w trójkącie frywolnych perwersji (Puchatek leci z jej magnetofonu w formie audiobooka czytanego przez Krystynę Czubówną.).

Na końcu wpada milicja obywatelska, a nie mogąc powstrzymać się od wezbranej w nich huci, najpierw gwałci ich wszystkich, po czym, równoprawnie, to kulką w łeb, zabija (oczywiście to w ramach konwencji sztuki). Ci także w kolejce muszą zostać przez co wyższe to służby ubici, jako niewierni, nie mogący opanować rozchełstanych weń rządzy. Bo jedna jest tylko wybranka - matka, ojczyzna nasza, której przysięgaliście być wierni, po wszelkie już czasy.

Film, przy wynoszeniu zwłok, kończy się przepięciem, spowodowanym kopulacją dwóch białych gołębic na drutach. W wyniku tego na ekranie ponownie leci zachodni niesworny niedźwiadek, śpiewający o mocy przyjaźni. To jako zwiastun nadziei na bezpieczne, nieskrępowane seksualnie jutro.

piątek, 26 sierpnia 2022

135.

Mój drogi Czasie,

przepraszam, za często Ciebie nie widzę. Jesteś tu, patrzę..., naraz wszystko znikasz. A choćbym widział, jak dawniej, nic z tego już nie wynika (choć czasem myślę, za mało Cię fakt ten obchodzi). Mój samochód zgasł, a moja miłość życia..., nieważne. Mój drogi Czasie, zapomniałem nawet, jak było w przedszkolu. Chciałbym, a w zasadzie... mógłbym się teraz po cichutku napić, najlepiej jabłkowego soku, to pod drzewem, i żebym zobaczył staruszka, starą rakietę i mojego misia. I, Drogi Czasie, mógłbym tak godzinami. Mam nadzieję spełnić kilka marzeń z życia. Choć dziękuję Ci za te, co przyszły.

Że nie dałeś na zawsze się w coś przyzwyczaić. Że cofnąłeś ręką, i wszystko zniknęło. Że musiałem z Tobą zaczekać pod drzwiami, choć z Tobą szczególnie nie lubię. Że dałeś w swój rękaw się szczerze wypłakać, choć miałem pod nosem chusteczki... Że wszedłeś, by potłuc mi zdjęcia...
Pamiętam drzewo, na które się wspiąłem, choć zwykle to nic nie pamiętam. I bardzo kiepsko się uczę. Mój Czasie, choć, musisz przyznać, jestem niezgorszym wcale filozofem. I wcale najlepszym poetą. 
I, proszę, pamiętaj jeszcze, że nie lubię ludzi. I dni, jak powyższe się zmienia.

Szczególnie dziękuję, że jesteś. To nonsens, życzę długiego Ci życia. Pamiętasz mnie lepiej ode mnie (i ja Ciebie również pamiętam). I nadal tego się boję. 
Dziękuję Ci za przyjaciół. I za twą niemą opiekę.

Szczerze dziękuję, że jesteś, że się nie lubisz odzywać. I że się nigdy nie zmienisz(?). Przyjdź do mnie w czas w moim świecie, to z czasem. A kiedy (kiedyś) odejdziesz, to pozwól się jeszcze pożegnać.

I wiedz, jesteś prawdziwy dla mnie niebo bardziej, niż wszystko co inne na Ziemi.

wtorek, 23 sierpnia 2022

134.

Zapewne nieobojętną jest Państwu historia, historia moich Grubasów. Tak, to ci od Alicji, choć dzisiaj zupełnie już w różnym wydaniu. Zarośli, a stali się tak nieprzyjemnie śmierdzący, że kończąc w tym świecie, wygnani przez Krainę Czarów. I grubsi też ponad miarę, a to już na pewno, nie tak gładko pod włosek wyanimowani. Lecz jedno, że świecący dalej od kleistego we wszech miejscach potu. Tak jeden najlepiej przeważnie leżał na zepsutej, więc złożonej na wieki wersalce, drugi zaś dychał, czerpając w swych fałdach powietrza - obok, na biurowym fotelu. W zasadzie niewiele oddechów Grubasom zostało, to pośród kałuży z ich potu. Jakby ktoś przyszedł, skwitowałby, pewne, - Cóż za ohydne grubasy! A jeden to nawet palcem dużym u nogi pukał w przeschłą na podłodze - na wpół rozpuszczoną landrynkę. W ogóle większość tam wszystkiego się do siebie kleiła, że nic, jak zaręczam, nie miało opuścić już miejsca.

Jedyne, co było z grubasów, to rozum niespożyty pracą. A o czym myślały grubasy? Myślały o młodej Alicji. To często, a w zasadzie - odkąd zapomniały chodzić, to całkiem myślały już o niej bez przerwy. Alicja chodziła po domu, krzątała się zewsząd, na głowie i w kuchni. W łazience i w drugim pokoju (zapomniałem w zasadzie, jak on właściwie wyglądał). Naraz nurkowała do jednego głowy, to kupić mu śmieszny melonik, to żeby wyjść zaraz i podnieść, i wsadzić do ust mu sklejoną z podłogi landrynkę (i nigdy się to nie udało, bo była sklejona za mocno). W zasadzie, czego nie mogła Alicja - opuszczać grubasów mieszkania, ale, ale... przecież - tego też nigdy nie chciała. Była Alicją grubasów. I resztę, co sobie Państwo wymyślicie, z pewnością też miało swe miejsce.

Ach, te kochane grubasy...
Brzydota, ohyda, i zupełnie nie spostrzec mi było, jak zaczopował się jeden w bezdechu i który w zasadzie z grubasów. Jak zapomniałem o dużej literze w imieniu?! W imionach grubasów. No jak, bo, pamiętam, że mieli ci jakoś na imię...!
Nieważne, bo kogo obchodzą grubasy.
Wiadomo jednakże, ostatni miał zdechnąć tej nocy. To krztusząc się chrupkiem w swej myśli, skrzywił się naraz, spadając z fotela, a może to grubas z wersalki..., otwierając, jak wszystko w tym domu, sklejone od potu powieki, i kwiląc ochryple Alicję. Och, Alicjo...
...

Zbudzony we względnie ohydnym nastroju, podrapał się w brodę, dreptając powoli na wagę. Schudł dobrze i setny kilogram, czepiając się już niedowagi. Rozwinął okno i ujrzał zaczarowany świat - nie pamiętam, jak ten dokładnie wyglądał... Grubas... Ubrał się w nową koszulę, był zawsze przygotowany, i pacnął zaczarowany budzik (budził go zawsze przed czasem) - i przypominał Alicję. I minął w złoto oprawione zdjęcie, zdjęcie ze złotą Alicją. Musnął. I sprawdził też skrzynkę na listy, pusta (Och, grubasie...). Założył nowiutki kapelusz i dreptał już w słońcu do pracy.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

133.

Chciałbym Państwu opowiedzieć dziś trochę, to w mojej opinii, o niezależności. Otóż sądzę, że większa część osób, o ile poszczycić się mogłaby jakąś, jest ta przeważnie nabyta, wyuczona, choćby nawet tak leciutko, pomału, że w napływie czasu - niezauważenie. To szczególnie osoby, dla których ważna jest niezależność, które ją podkreślają. W takich właśnie, jakby za instrukcją, niezależność jest najbardziej chwiejna i, jak sądzę, nigdy nie będzie do końca już oczywista, o ile napotka człowieka, któremu zaufa. Ten będzie bawić się mógł, to także tylko sądzę, tą niezależnością bez reszty. Oczywiście może się okazać też dobrym człowiekiem, próbując stabilizować ją na sobie tylko samej, ale o tym nie teraz. W każdym razie, niezależność taka jest nader plastyczna.

Widziałem raptem jedną osobę przez chwilę, u której, jak sądzę, niezależność mogła być wrodzona. Wydaje się wskazywać już na to w rozmowie i w tym, że ta jakby zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy, a sama niezależność była dla niej całkiem oczywista. Nie dąży do niej, nie wskazuje jej sobie, być może nawet nigdy nie słyszała o takim pojęciu. Coś, jakby świetny malarz, który nie potrafi nazwać i rodzajów pędzli. Właściwie takie miałem przeważnie wrażenie, mówiąc z tym człowiekiem, jakby nie znał zupełnie takiego pojęcia. Najczęściej ciągnie on pozostałych i słabszych, i sprawy sobie z tego nie zdając, coś jak kometa ma świetlisty ogon, tak ten ciągnie za sobą, bezwiednie najczęściej, ogon z fascynacji, fascynacji sobą - to tylko przez innych, z siły, niedostępności, fascynacji, jak wyżej, tym wszystkim. A fascynacja ściąga wszelkie ćmy i inne tałatajstwo z okien. Tak snują się za tą osobą rzędy spragnionych uwagi samców i samic wszelkiego pokroju i koloru skrzydeł. Och, odezwij się do nas. Choćby pięknych, to zależnych, bezwolnych całkiem, które taki ktoś, tylko gdyby chciał, mógłby wykorzystać pod włos na produkcję jedwabiu (choć ten jedynie robią gąsienice), i tylko dla swojej osoby. Tak właśnie myślę. 
Fascynacja, a w zasadzie ta otoczka, którą na sobie mają - raz, że utrudni, by ktoś je na dobre poznał, co tylko przydać może bezpieczeństwa, jak i samotności. Bo obecnością nie mogą być przecież ciągnące się bez pomysłu ślinianki (Och, odezwij się!), to jeszcze nie wynika jedynie z niezależności wrodzonej. Bywa i także z nabytej, jak myślę, trudna do rozróżnienia, a często podobnie silna, lecz, jak wyżej, i co jedynie uważam, czasowa, w zasadzie zależna od czasu, zależna w końcu od wszelkich tych ciem i zależnych robaków, ciągnących w ciemności do światła. Od ich stosunku, słów, w końcu wszystkich dla niej ustawień jej gwiazdek i świata, i wszelkich owadzich skrzydełek. W ogóle niekoniecznie jest tak, że taka osoba z niezależnością nabytą i podpartą światem będzie lgnąć do kogoś, na pewno nie na stałe, ostatecznie wracając do siebie. Jak ślimak, by wyjść na powrót do konsumpcji świata, jak liścia, modląc się, by nie był trujący. Ostatecznie jest bardzo plastyczna, ale jednak do siebie się chowa. To już bardzo dużo.

Zatem, zachęcam Państwa, obserwujcie ludzi. Obserwujcie siebie. I bądźcie siebie świadomi (Ale, broń Was Bóg, nie z tego artykułu, o czym niżej. Jeśli już od kogoś, proszę, nie ode mnie.). Wracajmy, więc czujcie ich, patrzcie, jak ruszają rękami. Co czujecie, przebywając z nimi, jak się wysławiają, jak poprawiają włosy, kichają, to nawet nie znając imienia, zaręczam, że po czasie będziecie w miarę porządnie znać instrukcję, jak najczęściej myślą, na co są podatni. A większość, zdecydowanie większość podatna jest na uwagę, odpowiednio do potrzeb skrojoną. Obserwujcie, czy nie ciągną się za Wami rzędy, które trochę nazbyt potrzebują Państwa obecności, albo inaczej, czy Wy też do nich nie lgniecie. Niezależność to rzadki dar i równie rzadko można się jej nauczyć, choćby będąc tej pewnym. Niezależność, źródło siły w sobie, karmienie się z siebie. Bycie swoim źródłem, światłem! Jejku, jest tyle określeń, że nie wiem, co bardziej prawdziwe.

Najśmieszniejsze jest, że może prawdziwe nic nie było wcale! Wszystko to mogłem zmyślić na poczekaniu. Mogłem dodać na końcu, że są Państwo starymi duszami, by przydać Wam trochę wartości z pewnością, że do mnie wrócicie. Kalumnie! I nic tu z prawdy nie było. Nie chodziło, proszę Państwa, mi tutaj o prawdę. Zaciekawiać Was jedynie chciałem złożonością takich obserwacji, choćby i grama w nich prawdy nie było, nieważne. Twórzcie swoją psychologię i może kiedyś tę prawdę znajdziecie. Ale, proszę, nie wierzcie mi w to na słowo. Sprawdzajcie, tym bardziej, wychodząc na spacer, obserwując ludzi.

A jak niezależność zdobyć? Być może akceptacją tego, że nigdy jej tak naprawdę do końca nie będzie. Nie urodziliśmy się z nią. Że kiedy jesteśmy smutni przez kolejne trzy lata, jakby bez powodu, bardzo jest możliwe, że już zawsze tacy zostaniemy. Często smucimy się nawet z tego, że jesteśmy smutni. Boże, że nikt nas nie kocha itd. To może być nawet i prawda. Większość nosi za sobą te tak obszerne problemy i standardowe dla świata. I gra sobie sama przed sobą, wyobrażając siebie śpiewających na wielkim koncercie. A potem nie potrafi tego udawania, to znowu - przed samą sobą zaakceptować, twierdząc, że taka jest ona sama. Że tak, nie inaczej wygląda, że leży na łóżku pod kocem i sobie to wyobraża, i jakby to było coś złego. To wielopoziomowe wyparcie. Nie mam pojęcia, można od tego by zacząć. Bo paradoksalnie, szukając niezależności, zaświadczam, nie zdobędziecie jej Państwo. Nie jest ona, jak modliszki, co w Polsce podobno mieszkają. Na końcu i one może by przyszły do światła. Tak czy inaczej, powodzenia. 

Gdyby ktoś kiedyś coś zaobserwował, mówcie o tym ludziom, dodając najlepiej, by sami na siebie patrzyli, to łącznie ze swoim kichnięciem. To najważniejsze, co chciałem Wam tutaj powiedzieć. Pal licho, co wyżej, niezależność, przynajmniej w wydaniu, o którym bajałem.

sobota, 20 sierpnia 2022

132.

Chciałbym poznać człowieka, co kiedyś, jak mi wiadomo, zajmować się miał teorią - niczego innego, jak właśnie samiutkiej teorii. W zasadzie... nie tyle poznać, co usiąść przy nim, gdy kręcił się na swym fotelu... - jak co dzień, myśląc nad kwestią w pracowni. Była ta w ostrym świetle, aż takim, że zbyt ostrym dla mnie albo przyświecana naftą, wabiącą bezdomne koty i wszystkie co większe ćmy z miasta. I wziąłbym kawę do ręki, i słuchał w nabożnym milczeniu. On oczywiście w ogóle by do mnie nie mówił, a kreślił coś na, i teraz albo na zwykłym, czystym i białym pod włosek lub na pożółkłym, w każdym razie na zgiętym, czerpanym papierze. Po czasie i ja zapewne zacząłbym się kręcić.

To byłby właśnie ten wielki, wiekopomny dzień, w którym pewien pan, to z trzeciej uliczki, zapomniał domknąć swój sklepik, przez co włamali się do niego rabusie. I to właśnie też była ta dokładnie noc, w której pani sąsiadka z przeciwka nie mogła zasnąć w swym łóżku, więc pobiegła nie spać na łóżku sąsiada.

Chociaż On..., On tylko, On nigdy by tak nie zakończył. Nie zwiodły go miauczące koty i trzaski mięciutkich skrzydełek. I tłuczone szkło, przecież - i krotochwile też nawet. I, Boże, mój Bóg ze skrzypiącego fotela... Uniesiony tą chwilą, wstałem naraz, siadając po chwili speszony. I to go nie oderwało. Do tej pory zdążyłem się nawet ożenić. Mieć syna i zasadzić drzewo. I spytać, czy jestem mężczyzną - i nic mi nie odpowiedział.

Że miałem już zajrzeć do jego karteczki... Spojrzał wtem na mnie! Spuścił głowę..., pisał. Zrobiłem jeszcze swoją kawę, wracając na krzesło po wszystkim, słuchając, jak miałem, w milczeniu.