Translate

niedziela, 22 marca 2026

172.

A ciekawostką jest, ciągnął dalej - a chylił się im już wieczór - fakt także, że palimy tu dziś razem fajkę - jednako zgotowaliśmy sobie o wiele, wiele już wcześniej... Dodał, być może to nawet, czy pojmę, jak dobrze dmuchać zeń kółka...
...

Minął ich w pół szary gołąb...
...

To biorąc wdech - wiedz, było takie zdarzenie i było miejsce, przez które każdy z nas kiedyś przeszedł. Być może teraz tego nawet nie pamiętasz, lecz masz w sobie wielkie pragnienie. Potrzebę, dla której tu jesteś. To właśnie z jego powodu nawet tu teraz siedzimy... - nie kryjąc, jest mi z tym wcale przyjemnie - i przez nie także najpewniej się jutro obudzisz. Kogoś spotkasz, być może, i może wcale nie będzie to miłe spotkanie...
...

Dołem kilka osób wracało z wieczornej mszy, w górze majaczył im księżyc...
...

Przez swoje pragnienia obudzą się podobnie inni. Wiesz, był czas, kiedyś każdy z nas osiągnął swój kraniec świata... A biorąc głęboki oddech, niepewnym był kolejnego (a może niektórzy z nas byli go całkiem pewni). Ja w każdym razie nie byłem. Wyciągnął rękę ze swoją latarnią (są jak kapelusze, wszelakiego kroju, to bardzo potężne przedmioty i coś jest w nich magicznego, że zawsze nam stoją tuż obok), o to prosząc, co tylko mu przyszło do głowy. I każda jedna płonęła wówczas - to ciepłym, w dal biegnącym światłem. W dal pełną kolejnych, kolejnych latarni, jakby gwiazd, tak naraz się tlących po niebie. I więcej..., tym większym tylko płomieniem tyczącym dlań w ciemności drogę. 
...

Przerwa. Ktoś spytał się o godzinę. Ktoś..., może o drogę. Przemknął gdzieś czarny kot. A może..., a może przeszedł dostojnie...
...

Byliśmy pewni jej celu, nie tego, jak trudną dla nas być może. I z ilu latarni się składa, a w końcu, że to, o co poprosiliśmy, jawić się będzie tak różnie, pokrętnie, niż przyszłoby nam o tym marzyć. Nie można tego uniknąć. Nie można teraz zawrócić, lecz... przyjdzie czas, dojdziesz na swój kraniec świata. To znowu. I znowu... I znowu. A świat się dla ciebie stanie z tym jeszcze odrobinę większy. Jak długo ci to wystarczy... Nie wiem.
Jak długo by to nie było, gdy znów byś czego zechciała... Czegoś wielkiego, a może - zwyczajnie - rozjaśnić ciemność za oknem, zapalić światło w pokoju... czy... - znów jedno wystarczy - nad krańcem świata unieść w dal swoją latarnię (a jest coś weń magicznego, że zawsze...), by dalej - to znowu i znowu - pójść w świetle jej krętą drogą - po kraniec świata i ciemność.
...

Zaciągnął fajkę, minęła 21.
...


171.

Do rzeczy zbyt szybkich za wcześnie, spóźnionych nie w porę, do wszystkich z tych także biegnących pomału, niemniej, jak dziś pewien jestem, że w czas mi się zjawią te ważkie, co pewne stare, lecące w noc sanie, zawitać mogące do wszelkich wszechświatów. To dzięki małej, jarzącej latarni, tyczącej po niebie im drogę...

Bo istnieją w górze przewlekłe alejki, poskręcane drogi, są i ścieżki proste co noc to się tlące na nowo - to długim po horyzont światłem, światłem magicznych latarni - w mrok, gdzie nikt dotąd nie dotarł.

Że kiedy byś spojrzał z okna, jedno, co dostrzec - niknąca w dal długa droga, to znów co i rusz to - ciepłych, kojących nań świateł - jest bardzo dużo tam światła - wijąca się (dokąd?) po niebie...

Unieś więc rękę. I wejdź.

poniedziałek, 18 września 2023

170.

Jak kiedyś, tak gustując w drewnie, zmieniłbym wygląd pojedynczych scen weń, że dałbym im światło. I to rzeczywiście, gdzie spojrzysz, poświaty z latarni dają dobre cienie. Szczególnie w wieczory, jesienne wieczory, przy z rosy po świt mokrym drewnie. To tyle tylko i aż, a wskazując drogę - konkretne są w niej oraz stałe.
Sklepienie pod światłem księżyca... Gdzie w pary wiszące szaliki... wskazują go z wiatrem. Gdzie nocą mu, nocą, jak wyjdzie, więc nocy szczególnie przydałbym za oczy świetliki. Co rusz to się kręcą po niebie. Choć wyciągniesz dłoń, te... już są tu, aż nader blisko. Czekają, że... cmokają, to raz to, to plączą się, dwa, pacają o się i trzy - już płyną po sztormie w chaosie...(!), lądując zmęczone przy biurku. 
A biurko by było (z?) drewniane, o dziwo, z gorącą, jak z lipca herbatą. Przy kocie na blacie - z hebanu. Przy ulubionym batonie, to jeszcze - w parze z mleczną czekoladą.
Ale, ale..., to jeszcze nie koniec. W tym przykryłbym wszystko na w pół złoto liśćmi. Dzień dobry i "to do widzenia", piosenka, zgrabne życzenia. I że "udanej podróży!". 
I koniec.

Bo tak na pewno będzie. Mój przyjacielu, opuszczając sobie znane drzewa, jesienne, co i rusz to za krokiem - ustępują piaskom, a noce witają chłodniejsze. Jesienie... - jakby nie te już, nie dla mnie. W smak nie takie same, jak nic jednak stamtąd, tak aż są prawdziwe! I wschody, to bledsze, pełniejsze. Uczucia! Boże, jak nie byle jakie! I wiersze, czasami..., choć bielsze.
I wszystko to takie owakie.

Rafał Pigoń

niedziela, 20 sierpnia 2023

169.

Mroczny, księsko-czarny, to... powóz techniczny - tak wygląda - obity w uliczne latarnie. Przyciemniony z zewnątrz, by z wnętrza tym raźniej wychylać zeń mogło ciepłe w żółć nadzienie.... Mnogość instru... elementów, w tym i wiolonczele... I trąbka, saksofon, kontrabas w środku... I stare w hebanie pianino! Z nim wszystko, co dobre dla dobrej muzyki.
Złowrogi w mrok powóz techniczny... Choć nie przypomina części z żadnej nocy, raz nań spojrzysz z myślą: "Nie będzie go bez niej!".
I noc, gdy tę minie, się skończy, tak powiem!
Powóz, parowóz... Techniczny. 
Pójdziesz spać, a z myślą, że nastanie jutro - przywiezie je dziś dzień ze sobą. I jak to, i komu zrozumieć? W zachodni cedr meble, w ze wschodu rośliny. Jak? W Pana van Gogha w środku...! I słowo, "To wszystko się skończy.", coś zacznie się znów z wschodem słońca. I kawę, i z mlekiem, na rano. I że ktoś umarł po drodze... Ćmę w parze z uchylonym oknem. Seks, Mikołaja na święta... I Nowy Rok raz do roku.
Powóz, zupełnie...
Techniczny.
Pędzi, gdy otwierasz oczy - jesteś na niego spóźniona! Gdy nie otworzysz ich więcej - pędzi, gdy dnieje na wschodzie, gdy gaszą latarnie - Spójrz, jak wygląda! (Już minął...) -
powóz o przy łóżku świetle...
Zbyt krótki dla zakochanych...
Zbyt długi... Miłych snów.
I dobrej nocy,
Powóz, Parowóz Techniczny.

sobota, 15 lipca 2023

168.

Gdybym miał określić jedną cechę mojego serca, dałbym, że jest to łapczywe. Aczkolwiek przy tym i nie byle jakie. Nie losowe ani idące za tym, co się akurat nadarzy. Jest głodne, ale na końcu i tak mu w ogóle nie spieszno, choć wydaje się być ciągle spocone.
...

środa, 5 lipca 2023

167.

22. rok lotu na Marsa. Wszystkie przyrządy ustawione już na swoim miejscu, a zegary pokazują wciąż swą bladą zieleń na znak - u nas wszystko w porządku.
Słowem, jest też i bardzo nudno... 
Kartkując mętnym okiem młodzieńczy plan lotu, dojrzewam... Dojrzewam, mój Marsie... Wciąż przez wielokropki... Znam go już prawie na pamięć, dodałem niezbędne przecinki...
Jarając szluga w kosmicznym balkonie, rozmyślam nieraz o kosmicznych dupach, a orientując się, jak niegodne, bezczelne jest to określenie, jak brak w nim męskiego szacunku, budzę się zupełnie na gorszej planecie... 
Gdzie jesteś, mój Marsie?
Mój Marsie...
Mój planie lotu...
Czym prędzej biegnę po lektury Lema, to żeby odchamieć, na powrót kierując się ku...
"Powrót z gwiazd"
"Eden"
I tyle w nich neologizmów...!

Ach, mój Drogi Marsie, to do Ciebie, nie możesz być aż tak daleko...

wtorek, 4 lipca 2023

166.

Ażeby w czasie być przykładnym ojcem, praktyki nie od dziś odbywam na swojej paprotce. 
Której to od roku ponad, przeszło, czym warto się chwalić, nie udało mi się natenczas zajebać. Nadal się liści i mnoży...

A miłość, miłość życia i inne z tego typu, w deseń tałatajstwa. Precz, szkaradne! A jednak, że jakby jakoby..., z cicha... i o czasie, całkiem nieopodal... Że skręcisz, dochodząc dobrego. To prawda? Nie wiem. Czego? Nie... Choć to jedno sądzę, że w związkach trzymamy siebie za obrączki, pudrując to i owo, na końcu szczególnie dla seksu. Ot, zazdrości, wyłączności... szczerze seksualnej i tego, że to wszystko za trzy kroki, już tuż, tuż nam się skończy. Uciekłaś! Że umknie precz od nas, przemijając z wiatrem. Kocham cię... Będziesz tylko moja. Na wieki wieków, amen..., brzmisz tu, jakby wyrok. Jak czuję, intytucjonalizowanie miłości, przysięgi jej, obietnice i że będę twoja, że kocham cię, i że już na zawsze. Mój Boże, jest w tym już jakaś nieszczerość. Zwątpienie, czy oby na pewno, więc muszę powtórzyć - ach, zaraz zapomnę! Więc jak to tam było? Musimy, ach, musimy to razem powtarzać, na trzy! Więc trzy! Więc kocham cię, musimy dać dowód, jeszcze zapomnimy, a choćby to komuś, gdzieś z cicha po drodze... i samemu sobie. Że nadal kochamy. Że jest nam bezpiecznie. I że, do kurwy, już od nas nigdy nie odejdzie! 

Niepewność i brak zaufania. Strach, rozpacz. Toksyczne rozterki... Jesteś moja, kotku... To mógłby być przedwstęp do gwałtu. Bezpieczne kajdanki zszyte ceremonią. I że cię nie opuszczę... Ot, czym jest małżeństwo. Obietnicą. Brakiem wiary, że można by wcale bez niego. Rozpadnie się, rozejdzie po zwietrzałych kościach, i że zapomnimy już z kolejną wiosną, nim w niej zawrócimy, zbudzimy się z grudniem... puści i sami, już nikt tam nie będzie. I że zapomnimy, że siebie kochamy. Na co nam, kurwa, ta miłość? 

Jak nie na poważnie... Jesteś moja, tu i teraz, nie uciekniesz bzykać się już z nikim innym, to wszystko w kawałku zasobnego lukrem weselnego tortu. Zaszyte w wewnętrznej śmietance. Tylko dla pewności. To jak upewnienie. Drobny pakt szczerości...
Ach, ależ on tłusty!

Jak tłusty!
A zdrowszym będzie przecież ciastem, gdybyśmy ich tak zostawili. Nie powtarzali żadnemu nic do upadłego, nie dawali sobie dowodów miłości, pośrodku wiosny... W niej nie powtarzali własnego imienia. Że jestem. Istnieję... Boże, lecz jeszcze tej nocy zniknie nam to wszystko, jak sen jakby, jak we śnie pchle mrugnięcie okiem... Bez porozumienia i bez odpowiedzi. I dlaczego? Dlaczego - znikniemy tak wszyscy, zapomnimy w słońcu drugiego człowieka. Że wszystko nam z ranem przepadnie. I nikt o nas już nie pamięta, że naprawdę kochał... 
To koniec.
To koniec..., możliwe, tak właśnie się stanie. 

Więc pamiętaj o mnie - ostatnia pułapka zachodu...
Noc.

Gdzie nocą..., zaś nocą... Ach, bo moją nocą grasują komary! Gryzą, co i rusz to, jak mrugnięcie okiem przy starej, zjełczałej śmietance... Jak mrugnięcie okiem... Przy pełni księżyca - siadasz, a mimo..., nie całkiem po ciemku, siadasz pod gwiazdami i zaciągasz jointa..., lecz zanim..., obowiązki, podlewasz paprotkę. I dalej... Komary...!
Na pohybel lecą tej pięknej miłości, by dalej... A dalej, tam dalej jest księżyc...

Mój księżyc... Mój księżyc jest okrągło-blady, a tak..., z lekka na niebiesko.