Translate

wtorek, 23 sierpnia 2022

134.

Zapewne nieobojętną jest Państwu historia, historia moich Grubasów. Tak, to ci od Alicji, choć dzisiaj zupełnie już w różnym wydaniu. Zarośli, a stali się tak nieprzyjemnie śmierdzący, że kończąc w tym świecie, wygnani przez Krainę Czarów. I grubsi też ponad miarę, a to już na pewno, nie tak gładko pod włosek wyanimowani. Lecz jedno, że świecący dalej od kleistego we wszech miejscach potu. Tak jeden najlepiej przeważnie leżał na zepsutej, więc złożonej na wieki wersalce, drugi zaś dychał, czerpając w swych fałdach powietrza - obok, na biurowym fotelu. W zasadzie niewiele oddechów Grubasom zostało, to pośród kałuży z ich potu. Jakby ktoś przyszedł, skwitowałby, pewne, - Cóż za ohydne grubasy! A jeden to nawet palcem dużym u nogi pukał w przeschłą na podłodze - na wpół rozpuszczoną landrynkę. W ogóle większość tam wszystkiego się do siebie kleiła, że nic, jak zaręczam, nie miało opuścić już miejsca.

Jedyne, co było z grubasów, to rozum niespożyty pracą. A o czym myślały grubasy? Myślały o młodej Alicji. To często, a w zasadzie - odkąd zapomniały chodzić, to całkiem myślały już o niej bez przerwy. Alicja chodziła po domu, krzątała się zewsząd, na głowie i w kuchni. W łazience i w drugim pokoju (zapomniałem w zasadzie, jak on właściwie wyglądał). Naraz nurkowała do jednego głowy, to kupić mu śmieszny melonik, to żeby wyjść zaraz i podnieść, i wsadzić do ust mu sklejoną z podłogi landrynkę (i nigdy się to nie udało, bo była sklejona za mocno). W zasadzie, czego nie mogła Alicja - opuszczać grubasów mieszkania, ale, ale... przecież - tego też nigdy nie chciała. Była Alicją grubasów. I resztę, co sobie Państwo wymyślicie, z pewnością też miało swe miejsce.

Ach, te kochane grubasy...
Brzydota, ohyda, i zupełnie nie spostrzec mi było, jak zaczopował się jeden w bezdechu i który w zasadzie z grubasów. Jak zapomniałem o dużej literze w imieniu?! W imionach grubasów. No jak, bo, pamiętam, że mieli ci jakoś na imię...!
Nieważne, bo kogo obchodzą grubasy.
Wiadomo jednakże, ostatni miał zdechnąć tej nocy. To krztusząc się chrupkiem w swej myśli, skrzywił się naraz, spadając z fotela, a może to grubas z wersalki..., otwierając, jak wszystko w tym domu, sklejone od potu powieki, i kwiląc ochryple Alicję. Och, Alicjo...
...

Zbudzony we względnie ohydnym nastroju, podrapał się w brodę, dreptając powoli na wagę. Schudł dobrze i setny kilogram, czepiając się już niedowagi. Rozwinął okno i ujrzał zaczarowany świat - nie pamiętam, jak ten dokładnie wyglądał... Grubas... Ubrał się w nową koszulę, był zawsze przygotowany, i pacnął zaczarowany budzik (budził go zawsze przed czasem) - i przypominał Alicję. I minął w złoto oprawione zdjęcie, zdjęcie ze złotą Alicją. Musnął. I sprawdził też skrzynkę na listy, pusta (Och, grubasie...). Założył nowiutki kapelusz i dreptał już w słońcu do pracy.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

133.

Chciałbym Państwu opowiedzieć dziś trochę, to w mojej opinii, o niezależności. Otóż sądzę, że większa część osób, o ile poszczycić się mogłaby jakąś, jest ta przeważnie nabyta, wyuczona, choćby nawet tak leciutko, pomału, że w napływie czasu - niezauważenie. To szczególnie osoby, dla których ważna jest niezależność, które ją podkreślają. W takich właśnie, jakby za instrukcją, niezależność jest najbardziej chwiejna i, jak sądzę, nigdy nie będzie do końca już oczywista, o ile napotka człowieka, któremu zaufa. Ten będzie bawić się mógł, to także tylko sądzę, tą niezależnością bez reszty. Oczywiście może się okazać też dobrym człowiekiem, próbując stabilizować ją na sobie tylko samej, ale o tym nie teraz. W każdym razie, niezależność taka jest nader plastyczna.

Widziałem raptem jedną osobę przez chwilę, u której, jak sądzę, niezależność mogła być wrodzona. Wydaje się wskazywać już na to w rozmowie i w tym, że ta jakby zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy, a sama niezależność była dla niej całkiem oczywista. Nie dąży do niej, nie wskazuje jej sobie, być może nawet nigdy nie słyszała o takim pojęciu. Coś, jakby świetny malarz, który nie potrafi nazwać i rodzajów pędzli. Właściwie takie miałem przeważnie wrażenie, mówiąc z tym człowiekiem, jakby nie znał zupełnie takiego pojęcia. Najczęściej ciągnie on pozostałych i słabszych, i sprawy sobie z tego nie zdając, coś jak kometa ma świetlisty ogon, tak ten ciągnie za sobą, bezwiednie najczęściej, ogon z fascynacji, fascynacji sobą - to tylko przez innych, z siły, niedostępności, fascynacji, jak wyżej, tym wszystkim. A fascynacja ściąga wszelkie ćmy i inne tałatajstwo z okien. Tak snują się za tą osobą rzędy spragnionych uwagi samców i samic wszelkiego pokroju i koloru skrzydeł. Och, odezwij się do nas. Choćby pięknych, to zależnych, bezwolnych całkiem, które taki ktoś, tylko gdyby chciał, mógłby wykorzystać pod włos na produkcję jedwabiu (choć ten jedynie robią gąsienice), i tylko dla swojej osoby. Tak właśnie myślę. 
Fascynacja, a w zasadzie ta otoczka, którą na sobie mają - raz, że utrudni, by ktoś je na dobre poznał, co tylko przydać może bezpieczeństwa, jak i samotności. Bo obecnością nie mogą być przecież ciągnące się bez pomysłu ślinianki (Och, odezwij się!), to jeszcze nie wynika jedynie z niezależności wrodzonej. Bywa i także z nabytej, jak myślę, trudna do rozróżnienia, a często podobnie silna, lecz, jak wyżej, i co jedynie uważam, czasowa, w zasadzie zależna od czasu, zależna w końcu od wszelkich tych ciem i zależnych robaków, ciągnących w ciemności do światła. Od ich stosunku, słów, w końcu wszystkich dla niej ustawień jej gwiazdek i świata, i wszelkich owadzich skrzydełek. W ogóle niekoniecznie jest tak, że taka osoba z niezależnością nabytą i podpartą światem będzie lgnąć do kogoś, na pewno nie na stałe, ostatecznie wracając do siebie. Jak ślimak, by wyjść na powrót do konsumpcji świata, jak liścia, modląc się, by nie był trujący. Ostatecznie jest bardzo plastyczna, ale jednak do siebie się chowa. To już bardzo dużo.

Zatem, zachęcam Państwa, obserwujcie ludzi. Obserwujcie siebie. I bądźcie siebie świadomi (Ale, broń Was Bóg, nie z tego artykułu, o czym niżej. Jeśli już od kogoś, proszę, nie ode mnie.). Wracajmy, więc czujcie ich, patrzcie, jak ruszają rękami. Co czujecie, przebywając z nimi, jak się wysławiają, jak poprawiają włosy, kichają, to nawet nie znając imienia, zaręczam, że po czasie będziecie w miarę porządnie znać instrukcję, jak najczęściej myślą, na co są podatni. A większość, zdecydowanie większość podatna jest na uwagę, odpowiednio do potrzeb skrojoną. Obserwujcie, czy nie ciągną się za Wami rzędy, które trochę nazbyt potrzebują Państwa obecności, albo inaczej, czy Wy też do nich nie lgniecie. Niezależność to rzadki dar i równie rzadko można się jej nauczyć, choćby będąc tej pewnym. Niezależność, źródło siły w sobie, karmienie się z siebie. Bycie swoim źródłem, światłem! Jejku, jest tyle określeń, że nie wiem, co bardziej prawdziwe.

Najśmieszniejsze jest, że może prawdziwe nic nie było wcale! Wszystko to mogłem zmyślić na poczekaniu. Mogłem dodać na końcu, że są Państwo starymi duszami, by przydać Wam trochę wartości z pewnością, że do mnie wrócicie. Kalumnie! I nic tu z prawdy nie było. Nie chodziło, proszę Państwa, mi tutaj o prawdę. Zaciekawiać Was jedynie chciałem złożonością takich obserwacji, choćby i grama w nich prawdy nie było, nieważne. Twórzcie swoją psychologię i może kiedyś tę prawdę znajdziecie. Ale, proszę, nie wierzcie mi w to na słowo. Sprawdzajcie, tym bardziej, wychodząc na spacer, obserwując ludzi.

A jak niezależność zdobyć? Być może akceptacją tego, że nigdy jej tak naprawdę do końca nie będzie. Nie urodziliśmy się z nią. Że kiedy jesteśmy smutni przez kolejne trzy lata, jakby bez powodu, bardzo jest możliwe, że już zawsze tacy zostaniemy. Często smucimy się nawet z tego, że jesteśmy smutni. Boże, że nikt nas nie kocha itd. To może być nawet i prawda. Większość nosi za sobą te tak obszerne problemy i standardowe dla świata. I gra sobie sama przed sobą, wyobrażając siebie śpiewających na wielkim koncercie. A potem nie potrafi tego udawania, to znowu - przed samą sobą zaakceptować, twierdząc, że taka jest ona sama. Że tak, nie inaczej wygląda, że leży na łóżku pod kocem i sobie to wyobraża, i jakby to było coś złego. To wielopoziomowe wyparcie. Nie mam pojęcia, można od tego by zacząć. Bo paradoksalnie, szukając niezależności, zaświadczam, nie zdobędziecie jej Państwo. Nie jest ona, jak modliszki, co w Polsce podobno mieszkają. Na końcu i one może by przyszły do światła. Tak czy inaczej, powodzenia. 

Gdyby ktoś kiedyś coś zaobserwował, mówcie o tym ludziom, dodając najlepiej, by sami na siebie patrzyli, to łącznie ze swoim kichnięciem. To najważniejsze, co chciałem Wam tutaj powiedzieć. Pal licho, co wyżej, niezależność, przynajmniej w wydaniu, o którym bajałem.

sobota, 20 sierpnia 2022

132.

Chciałbym poznać człowieka, co kiedyś, jak mi wiadomo, zajmować się miał teorią - niczego innego, jak właśnie samiutkiej teorii. W zasadzie... nie tyle poznać, co usiąść przy nim, gdy kręcił się na swym fotelu... - jak co dzień, myśląc nad kwestią w pracowni. Była ta w ostrym świetle, aż takim, że zbyt ostrym dla mnie albo przyświecana naftą, wabiącą bezdomne koty i wszystkie co większe ćmy z miasta. I wziąłbym kawę do ręki, i słuchał w nabożnym milczeniu. On oczywiście w ogóle by do mnie nie mówił, a kreślił coś na, i teraz albo na zwykłym, czystym i białym pod włosek lub na pożółkłym, w każdym razie na zgiętym, czerpanym papierze. Po czasie i ja zapewne zacząłbym się kręcić.

To byłby właśnie ten wielki, wiekopomny dzień, w którym pewien pan, to z trzeciej uliczki, zapomniał domknąć swój sklepik, przez co włamali się do niego rabusie. I to właśnie też była ta dokładnie noc, w której pani sąsiadka z przeciwka nie mogła zasnąć w swym łóżku, więc pobiegła nie spać na łóżku sąsiada.

Chociaż On..., On tylko, On nigdy by tak nie zakończył. Nie zwiodły go miauczące koty i trzaski mięciutkich skrzydełek. I tłuczone szkło, przecież - i krotochwile też nawet. I, Boże, mój Bóg ze skrzypiącego fotela... Uniesiony tą chwilą, wstałem naraz, siadając po chwili speszony. I to go nie oderwało. Do tej pory zdążyłem się nawet ożenić. Mieć syna i zasadzić drzewo. I spytać, czy jestem mężczyzną - i nic mi nie odpowiedział.

Że miałem już zajrzeć do jego karteczki... Spojrzał wtem na mnie! Spuścił głowę..., pisał. Zrobiłem jeszcze swoją kawę, wracając na krzesło po wszystkim, słuchając, jak miałem, w milczeniu.

piątek, 19 sierpnia 2022

131.

Bardzo lubię...

...kaktusy - to rośliny niechcianych pozorów. Coś jak gołąb, nielot albo kolor szary (najbardziej z nich wszystkich doceniam gołębie). A wystarczy spryskać je wodą z daleka, to głównie takie z białymi włoskami, by spojrzeć, jak szanują każdą z danych kropel. A dalej właśnie wystarczy popatrzeć na kwiaty, równie delikatne, chwilowe (nieprzypominające), to też, by na co dzień, kalecząc się o długie jego, wystające kolce, nie myśleć za bardzo po łebkach.

Zatem z roślin w raju szczególnie zasiałbym kaktusy. To, by straszyły, że to nie on wcale, i bym miał święty spokój, i pełno dla siebie miejsca. Spałbym pod wielkim kaktusem (takim rozłożystym, by dodawał cienia).

130.

(Na podstawie faktycznej historii.)

Musisz wiedzieć, jak często w godzinach wieczornych, bo zaraz po pracy, można spotkać w kawiarniach gro przepięknych ludzi. Ot, kiedyś na przykład spotkałem jednego z takich. Siedział tuż obok mnie, a kiedy chciałem go trochę po cichu podsłuchać, nie mając nic lepszego do roboty, ten kiwnął mnie do siebie, i opowiedział historię...

"Musisz wiedzieć, że w dawnym czasie istnieć miała sztuka zaklinania dowolnych przedmiotów, choć najlepiej tych właśnie, z którymi sam właściciel posiadał sentymentalne uczucie.
Istnieli bowiem całkiem utalentowani wyrobnicy w tej kwestii, a jeden raz szczycić się miał nawet, jak to raz zaklął duszę wojownika w sztylecie. Ten po samej śmierci kazał podarować go swojej ukochanej, że gdyby dojść miało do grożenia jej życiu, nóż pętać miał ciało, w pień wyżynając jej ręką każde zagrożenie.
Pomysł ten, jako lukratywny, podłapali zaraz wszyscy inni, zarówno zaklinacze, jak i wszelkiej maści romantycy, na tym kończąc, że w kilka chwil później wszystkie niemal i ważne dla kogoś ostrza tuż po śmierci nosić miały już dusze rybaków, poetów i innych wątpliwych w tej roli.
To wszystko było do czasu, gdy pewnego razu zaklęty scyzoryk jakiegoś zeszłego od głodu poety, podarowany został na jego prośbę którejś kurtyzanie. I w chwili zagrożenia, wodzony duszą samego artysty, wypalić miał bez kontroli w nią samą, tnąc tę na równe plasterki. Warto bowiem wiedzieć, że bycie zaklętym w jakowymś przedmiocie, pozwala na zachowanie tylko części władzy, będąc w cudzym ciele, co przy nieopanowaniu sztuki, jaką była przecież sama walka mieczem, niechybnie kończyć się mogło bezmyślną tragedią."

Tu skończył opowiadanie, że było ciemno i że skończył się sok jabłkowy, a że dalej mówił o jakichś zwykłych całkiem możliwie mi rzeczach, na których się również nie znałem, wstałem z czasem, a po pożegnaniu odszedłem w milczeniu.
Nigdy go już nie spotkałem, choć też w innym czasie przyszło mi rozmawiać z prawie równie w ten deseń przepiękną mi panią, to wracając raz z pracy do domu.

wtorek, 16 sierpnia 2022

129.

Bateria, a to całkiem proste. Jakby świat pełen głodomorów, do którego i ja się na dobre zaliczam. Choć sądzę, niczyja to wina, kiedy jest się głodnym, ale po kolei...

Wierzę, a choćby nie udało się to mi już, że ktoś mnie tu kiedyś przeczyta, a gdybyś odnalazł to w sobie, że walczyć też będziesz o siebie, co życzę, z najlepszym to możliwym skutkiem. Dziś - nie mam pojęcia, czy jest to w ogóle możliwe, jak zabrać się za..., jak uporządkować, mieć nadzieję chociaż... Lecz w to także wierzę, jakkolwiek by ze mną nie było, że tylko, być może, - jest to jedna z tych rzeczy, a rzeczy tak wielkich, na które warto poświęcić swe życie. Teraz od początku...

Co uważam, potrzebujemy jeść. Karmić się, a jak zwać to, energią, to prócz materialnego pokarmu. Może jest to szczęście, siła życiowa i powód do życia. Nazwijmy to więc po swojemu. Więc, dla skrótu, energia, wewnętrzna, a zbawiony jest ten, kto na drodze wychowania, zdrowych relacji, na drodze samego siebie możliwe jedynie - zdołał odnaleźć ją w sobie. I z siebie ją tylko posiada. Jakby źródło miłości w swym sercu, a takie skrojone pod swoje. Tak czy inaczej, warto by siebie pokochać, jak niżej.

Jestem głodny. I kocham, choć to duże słowo, za duże być może, uwielbiam uwagę. Jako że, tu już odpowiednie, nie kocham dziś siebie. Choć szanuję, nie bywam człowiekiem szczęśliwym. I nie widzę swego szczęścia w sobie. Lecz zwykłem przyjmować, jak pokarm zewnętrzny, więc snując się, wypatrywać przychylnych mi osób. Co na mnie się spojrzą serdecznie, jak również poklepią, a i słowem wesprą, ze szczęścia potrafię już płakać. Jest bardzo piękne, kiedy ktoś cię widzi w brudnym tym, nijakim świecie bez osoby. Który mija cię martwy, choć płaczesz, jakby nigdy nikogo nie było. Uwielbiam, jak mnie ktoś widzi, jak wychodzi z zewsząd, z szaroburej mazi, podchodzi, podając mi rękę. A potem wskazując swój świat... To dla mnie coś bardzo ważnego, zbyt lekkie to określenie. Zatem i swój świat komuś chciałem też kiedyś przekazać.

Uwaga bywa tym lepsza, pochodząc z ważnych ci ludzi. Nie wątpię, że większość z niej, choć smaczna, nie trafia do serca, ostatecznie będąc całkiem obojętna. Lecz i w to nie wątpię, że, jak czuję, mogłem się zakochać. A choćbym kochał jak najbardziej mogę, kochał całkiem szczerze, jestem głodny. W istocie, to przerażające, lecz szczęścia, miłości nie czując do siebie, tym bardziej tylko łaknąć uwagi będę najważniejszej dla mnie, dającej mi siły, spełnienia i mocy. Zatem, choć nie chcę, prosić będę mimowolnie o nią tę drugą, ważniejszą osobę. Prosić mimowolnie i całkiem po cichu. Nie wątpię, że nieświadomie. Pisząc, rozmawiając, jakby pająk w sieć, oplatać ją w smutek i poczucie winy, a to, by uwagi, jakby ożywczego soku, pić coraz to więcej, lecz nie aż tak dużo, by tamtej na dobre zagrozić. Toż to dopiero wampiryzm! Zwykłe pasożytnictwo. Co widziałem, że druga osoba wówczas, w miarę dawania uwagi, kiedy ja promienieję po miesiącach, jak jej nie widziałem, stacza się w całkiem mi równą, ciemną coraz przepaść. Dokładnie opleciona, wysysana zbyt rychle po tak długim czasie, aby i za szybko nie nabrała siły.

Brzmi to, jakby przyszło już tylko umierać. Nie spodziewam się także, że prędko, w ogóle nad tym zapanuję. Nawet nie wiem, Boże, jakbym miał to zrobić. Lecz to także czuję, i wiem, że potrafię kochać. Zupełnie i pięknie, jak i całkiem szczerze. Niezależnie od wszelkiego celu, tak bardzo, jak piękna potrafi być miłość.
Choć gdzieś z zewnątrz jednak nadal jestem głodny, myślę o jakimś pokarmie, o sile do życia. Co więc mogę, unikać najważniejszych osób. Choćbym nigdy miał ich nie zobaczyć, szukać mocy w sobie, najlepiej to jeszcze dla samego siebie.

Na pociechę, nie jestem złym człowiekiem. Jeśli czyta osoba mi podobna, tak samo bym o niej też sądził. Nie jesteśmy złymi ludźmi. Nie jesteśmy potworami. Głodnych osób jest tu bardzo dużo, a nie jest ich winą, że takim się świat im ukazał. Nie jest prawdą, że one nie potrafią kochać.
Artykuł ten nie jest skończony - dla nich i dla siebie. Uzupełniony będzie, jeśli tylko cokolwiek z tym zrobię...

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

128.

Smerfy... - są idealnym przykładem niezmiennie życiowych nam kwestii, a tych choćby, jak bezwzględne dobro prowadzi ku samodestrukcji czy szkodliwym wzorcom. O tym, że brak jest także i sprawiedliwości, a złym na wskroś będąc, niejeden dobry w mig cię wyratuje. Choćby sam skisnął w milczeniu... Mniejsza...

Jako że piękne rzeczy co rusz to budowane są z niewinnych nic cierpień, tak Pan w eleganckim imieniu, którego każdy po czasie zapomniał, wałęsał się raz pląsem, jak w kolejnych dniach to, po nużącej się pracy, grającej kankana na nosie. Co do mnie, widziałbym go w jakimś stłoczonym urzędzie. Nie był to wcale człowiek..., ani okazały, a dość, któremu trafia się banan pod pantoflem.

Z pląsów przeszedł w kłus naraz, by po czasie przypominać już zwierzę w galopie. Wyrwał drzwi i zdeptał spocone ubrania, pstrykając w kącie przeżółkniętą na kształt kota lampkę..., a dajmy, rodzinną pamiątkę.
Tak wyciągnął mały niebieski susz z blond długimi włosami, jakoby spod grzybka - obwinął drżącymi rękami..., po cichu. Lecz, kiedy nikt nie patrzył, przyłożył zwiniątko do ust... I palił..., a palił w rozkosznym marzeniu, w zapachu, co dają zadymione włosy. Palił... i palił tak długo, jak dorośli chowają się, płacząc, pod kocem, i gdy nikt ich tam już nie nakryje...
Tej nocy nie było nikogo.

Mówią, że nic nie zrobi ci dnia, jak kawa z mlekiem i z nią papierosy. Być może, że takich już nie ma. Otworzył okno, a widząc we wschód zdobne miasto, zamknął oczy tylko, że chciałbym do rymu - zapłakał za sobą w cierpieniu. Rozwiązał buty, zsuwając je po parapecie, a tak płynnym ruchem, jakim mogą pozwolić sobie na końcu, bez zażenowania, ci tylko i z jego profesji. 
By na samym dole - Pan - a w niebieskim dymie, jakby dziecko w uśmiechu, trzymające się samo za rękaw.
I w zasadzie..., też ja nie pamiętam, jak miał w ogóle na imię.