Translate

piątek, 5 sierpnia 2022

122.

"Z miejsca wstając z czerwonych od gasnących słońc liści - naraz wzniosła się, płonąc, od Ziemi. Zostawiwszy ściemniałe cumulusy za sobą, też to było widać, jak rzednieje niebo. Widziałem, - też że stały w ogniu - fiolety, granaty..., leciałem nią prosto ku nocy."
...

"I ku gwiazdom leciała, można by powiedzieć."
Że ciemniało niebo..., pstryknął długopisem i zasupłał buty. Schował nowy świstek prosto do kieszeni. Skubiąc się po rudej, niedociętej brodzie, zabrał laskę jeszcze, strzepał naleciałe na płaszcz rdzawe liście, patrząc tępo w górę... Wtedy właśnie, jak na złe, włączono latarnie, więc nic nie zobaczył. W domyśle, gdzieś tam były gwiazdy. Poprawił okulary, zapiął się pod szyję, potem, sądzę, że poszedł do siebie. 
Też zaraz poszedłem, zostawiając pod światło błękitną, w nocy trochę bardziej jakby - fioletową, zresztą... - wcale miejską, parkową ławeczkę.

czwartek, 4 sierpnia 2022

121.

Wydaje mi się, pan wówczas zgasił naraz swojego papierosa, a że było zaopatrzone w ostre słońce południe, przysłonił też i rolety, to w swojej na niebiesko urządzonej kawalerce, z bluszczem.

O niczym więcej nie mogło być mowy... Więc pacnął jeszcze figurkę granatowych sań na rdzawej i chwiejnej sprężynce - kołysać się miały z tak dobrą godzinę, a przynajmniej tyle, by na wszystko, co trzeba, starczyło nam czasu, usypiając nas obu do lotu... Więc zamknął oczy dalej i przeciągle mlasnął, to od swej wielkiej minionej starości. I wiedz, że chciałbym poczuć się wówczas najzupełniej młodym. Zobaczyłbym rzeczy mi dawno zapomniane, ale z pewnością byłby to pewien obraz, powiedzmy, choć Bóg wie, jak to zwać w zasadzie, zatem konkretny obraz nad kaflowym piecem. I to też pewne, że brzozy, lecz te właśnie, a i w takim czasie, jak widziałem je w słońcu tuż po urodzeniu, w zasadzie - mogą być to te same, jak sobie je, pisząc, w tej chwili wyobrażam. Ach, nie wiem, dość, że widział on te tylko z tych ważniejszych rzeczy, naprawioną szafkę w przedszkolu. Ba, jeśli to, większość rzeczy wydaje się ważnych...
Nie mogę tego dalej..., może to zbyt osobiste, a zresztą naprawdę nic tam nie widziałem. Jedyne, że z lekka chylące się sanie na ze słońca skrojonych pasemkach - siedział już z dobrą godzinę (i wypiłem mu sok jabłkowy). Że kiedy stanęły, jak spojrzeć, nikogo po prawdzie nie było, a pełny karton z sokiem straszył kolejną pleśniową okładką. Rdzawa sprężynka pękła, ładując sanie pod... (skąd mam już wiedzieć, gdzie wylądowały), zostawiając oświetlony brudno-pomarańczowym światłem wyszczerbiony kikut. Był późniejszy zachód.

wtorek, 2 sierpnia 2022

120.

Mój rok ma 62 dni, właśnie się rozpoczął, i patrzysz w dal, i widzisz, za drzewami już prawie się kończy, gdzie rzednieje niebo. I ja, idąc tam, spodziewałbym się jeszcze większych chmur i wyżej od nich lecących latawców. To nonsens, bo nic takiego nie będzie. Być może, cień szansy, ale... nie liczyłbym na to. 

Coś więc, jak potrzeba zniknięcia, bezpotrzeba istnienia. Więc mijasz wszystkie rozpostarte wprost na oścież drzwi i patrzysz - uchylone okna. Choć nadal kołyszą się liście i czytasz, gdy mijają ciebie równie same chmury... Wówczas, tak myślę, że wstajesz, obracasz się wkoło..., nikogo więcej nie będzie. To ostatnie jest chyba najważniejsze. A może pominąłem po drodze co ważniejszych szczegółów. To nieważne, nikt tego nie słyszy. Więc kiedy nawet ty sam siebie już wcale nie słuchasz, został świat... Za drzewami już prawie się kończy. I tak po następnym kroku, i po jeszcze jednym, wydaje się, zostało w nim drogi na ostatni rok. Że w moim świecie w dodatku czas inaczej płynie, to drogi przecież raptem na 62 dni.

sobota, 30 lipca 2022

119.

Mała Skrzyneczka tajemnic wszelakich. W zasadzie... - żadnych konkretnych. To jedno potrafiła, że jak przyłożyć ucho, dobywały się z niej, tak mówią, i była to wcale prawda, tylko takie dźwięki, jakich sobie z niej słyszeć zażyczyliśmy. I we właściwym momencie. Dość myśleć, który jest tym właściwym, ona wybierała. Zatem, jak naprawdę było, mało kto mógł sprawdzić.
...

Pulchny staruch blisko późnej nocy przykręcił lampę, zamknął okno i pacnął przelatującą wokół światła ćmę. Złapał się za kołnierz, poprawił koszulę, wyjął swój "list na przyszłość", a że ręce na dobre od starości mu drżały, poszedł po zieloną herbatę. To dobre, lecz nigdy nie pomagała. Była marnym życzeniem lepszego świata. Nic dziwnego więc, że na domiar złego, sącząc, roztwierawszy kopertę, zalał ją wnet całą nieopatrznym kichnięciem, a tak też dogłębnie, że nic już zeń nie dało się rozwikłać. Czy w mniejszym, czy pod mocne światło...

To przykre, ale tak zwykle, jakby idealnie dla zła, kończą się wszystkie marzenia. Cóż było, płakać, byłem na to za stary. Staruch poczłapał jeszcze po pewien mały, niepozorny przedmiot. Pachniało zeń lakierem do drewna, drewno - to orzech, szkatułka. Takie też zwykło otwierać się po latach z przypadku lub tuż na sam koniec. Jako że o przypadku w ogóle nie mogło być tu mowy, przyłożył doń jedno zgrzybiałe, starcze ucho...
...

I koniec, resztą będzie wymowne milczenie lub sugestywny wielokropek... Lecz gdyby ktoś tam wszedł wówczas, niechybnie znalazłby obleśne, rozwalone na fotelu cielsko, skrzyneczkę pod tłustą, robaczywą fałdą, to tylko ode mnie. Dalej, jak z pióra pana Andersena - że spod ciemniejących plam tłuszczu, pod właściwe światło, tak jakby zobaczyć można było wcale naturalny uśmiech... Uśmieszek. Albo wyraz grzeczności...

Na końcu lampa gaśnie, staruch zalegał z rachunkiem.

czwartek, 28 lipca 2022

118.

Projektując raj, zaszalałbym zresztą okropnie. Głośno i w każdą stronę, ale też tak, by w sobie właściwy było także sposób. Powinno być pusto, wiać lekki wiatr, ale, Jezu, ten powinien być jedyny możliwy, a więc dokładnie taki, jak sobie teraz go właśnie wyobrażam. Muskać ma okoliczne drzewa, też te lekko zamglone, najlepiej również niebieskie, w ogóle dałbym wszędzie mglisto-błękitną poświatę, bladą. I miętowe niebo, skręcające w niebieskawe cienie. I czasami chmury, kłębiaste, ale niepewną kreską, coś, jak spojrzeć, patrzysz... - "Patrz, mamo, są zaniebieszczone…!". Boże, Ty byłbyś nieco dalej, zresztą nie mam dla Ciebie pasującego miejsca. To później, ziemia, bardziej piach, wcale sypki, nie potrzeba butów. Dajmy po horyzont, zza ciemniejących błękitów - zachodzące słońce, czerwone, z czarną aureolą. Może kiedyś, lecz na razie - niech zachodzi bez końca, bo też, spodziewam się, lubiłbym na nie patrzeć. A z grubsza, wszystko całkiem. Sanie, to obok. I krzesło składane. Jeszcze trochę niebieskiego... -

mój raj zamknięty w butelce. Wracam do niego tuż przed snem i po ciężkim dniu. I patrzę, bo może faktycznie tam jestem... Przekręcam ją, kładąc się do snu i, śniąc, obracam przez wszystkie dziesięć palców. Czekając końca kolejnego dnia, marząc o błękicie po burzy i "Boże, gdzie jesteś?"..., przykrywam się pod nos pół godziny przed czasem i bez mycia zębów. Powoli ciemnieje niebo, parują deszczowe kałuże... Mój mały błękitny raj, zamknięty w butelce.

poniedziałek, 25 lipca 2022

117.

Możecie spytać, ktoś w zasadzie może, czym mógłby być czyściec? Nie mam pojęcia, zresztą większość zapewne mieć będzie i własne ku temu krajobrazy. Może tego nie ma? Nieważne, to jedno bym widział, po śmierci, zdaje się, gdzieś to już mówiłem, będzie pewno ciemno, w zasadzie, dajmy, zbliża się ku nocy, końcówki zachodu, ten z wolna jarzącym horyzontem.
To też jednak wcale nie jest takie ważne. Chodnik. Wąski, pusto, w gruncie rzeczy gasną nawet co słabsze latarnie, a przeważnie zgasiłbym te białe - najbardziej, bezdusznie, zupełnie więc bez polotu, i zimne, zostawiając jedną. Starą wcale, już na pewno złotą, "ostatnie światło nocy", można tu zostawić kogoś wcale poetyckiego, kłódkę, reklamę może, coś znanego z życia. Nie była nader duża i, w zasadzie, zbierała większość gubiących się w mroku owadów. 
Bijąc w szybę kawiarni... - dużej, a w środku, gdyby kto wszedł, nie wiem, jakby to było za dnia co prawda, lecz nocą, a spodziewać można się było już całkiem adekwatnej nocy, dałbym jej wiele drewna, a ściany, te w raczej smętnym kolorze, zresztą, podejrzewam, nikt nie zauważy. Ciemno - nie całkiem, bo po to latarnia i po to mi były kolory. W rogu, przy szybie, okrągły stolik, mahoń, orzech, z pewnością drewniany. By nie wiało pustką, szczególnie wolałbym mieć na nim zimne mandarynki. Przy nim też czterech ludzi, więc, by najpierw, siwy starzec w starej, spłowiałej na dobre koszuli, z siwą brodą, z kuflem piwa w łapie. Pochylony. Wisi nad nim w zasadzie, a z brody kapałaby ślina. Nikt by na to jednak nie zwrócił uwagi, i myślę, to zupełnie w tej chwili normalne. A chociażby nie, tak, nie inaczej, właśnie wówczas było. Obok więc wcale elegancki pan, na oko czterdziestka. Temu dajmy cylinder, opartą o stół laskę, garnitur, wyprasowany tym razem, najlepiej na miarę. I idźmy już zresztą, bo za nim tuż z chęcią bym dołączył do tego towarzystwa. Że nie lubię mówić, nie oczekiwaliby tego ode mnie, tak by było, zapewne, choć może to i moje w tym względzie pobożne życzenie. Tak usiadłbym z nimi, zdjął kaszkiet i wychylił bez grania na czas, więc sobie znanym tempem, kieliszek schłodzonego jabłkowego soku, tu także chyba sam siebie oszukuję. W ogóle czułbym się, jak dziecko, ale nikogo także, jak tylko byłoby to moją kwestią. Zresztą, tak sądzę, pewnie tym jednym razem nie zwróciłbym i na to uwagi. W zasadzie nie pamiętam, bym czemuś ją wówczas poświęcał.
I myślę, to zupełnie do niczego nie prowadzi, w istocie też, może był tam i czwarty, ale albo go zapomniałem, albo coś mi się najwyraźniej zdawało i wcale czwartego nie było (choć kiedyś chyba również i o nim wspomniałem). Lecz mniejsza, starzec spod kufla bąkał coś pod nosem, pan od garnituru poprawiałby pozycję, a to, by siedzieć w adekwatnej mierze do swego wystroju. Ja bym pewnie, tak widzę, myślał, co też powinienem zrobić, bawiąc się wąsikiem...

Wydaje się być to koniec.
Z tego, co pamiętam, miałem zachować się wówczas zupełnie inaczej, a przynajmniej nie jota w jotę, jakby i za życia. I smutne, że tak to wyszło, a dobre, bo wcale uczciwie. To w dygresji, pora więc zakończyć. Chyłkiem, jak spojrzeć, dnieje. Myślałem, kawiarnia, ta będzie zupełnie zamknięta, znikniemy więc nad ranem, jakbyśmy wcale nie byli, gdzie, nie wiem, w domyśle pewnie, do lepszego świata. Nieważne jednak. Nic takiego przecież nie miało tu miejsca. Tak naprawdę weszliśmy do całonocnego lokalu, jakich pełno w tym konkretnie mieście. Obsługiwała nas wcale miła kelnerka, i w fatalnych cenach. Nie wiem też, co było po wyjściu, cóż można powiedzieć o raju? Ale, tak powiem, spodziewając się, po drodze gdzieś zgasła jeszcze moja latarnia, było coraz jaśniej. Gdzieś za mną (w kaszkiecie) wybiegł zataczający się pijak w rozchełstanej koszuli, a pedant w cylindrze wygładzał aksamitny swój, pod miarę uszyty garnitur.

niedziela, 10 lipca 2022

116.

To dodatek do kwestii sań, jako że koncept ten zdążył przybrać garść wcale nowych jeszcze rozwiązań. Tak zatem mogłyby zmieniać kształt, kolor, a to wedle swego upodobania, jako że, jak w pierwszym o nich tekście, miałyby szczątkowe poczucie istnienia, nie za wielkie, lecz takie, by mieściło się w nim i czucie godności. Nie byle to przecież sanie, w zasadzie jedyne na świecie. Tak dalej, że latać by miały nader szybko, a i teleportować na krótkie dystanse, to jeszcze, że przenikać przez ściany, tracąc przy tym chwilowo strukturę. Na koniec muzyka, niemniej istotny jest ich gust muzyczny, bogacący loty adekwatną nutą. Dajmy, że rozumieją prostszy do nich język. Kiedy się tych dotknie, to można przekazać im w myślach cokolwiek, co chciałoby się tylko powiedzieć. Myślę, to już wcale dużo.