Translate

niedziela, 22 marca 2026

175.

W jaki sposób latają magiczne kapelusze?
Za sprawą magii, oczywiście! Taka odpowiedź dobra by była dla dzieci, ale... wszystko to wydaje się bardziej skomplikowane, stąd słuszne jest z tym pytanie, skąd w zasadzie się ona weń bierze... (Wzięła?)
A może..., czym magia ta jest w istocie?
To dobre.

Na ten moment - kompletnie nie mam pojęcia, jedno, że wcale wolne to duchy, gdzie od nich tylko zależy, na której odpoczną głowie. To w jaki krój się przyzdobią, z tym również będzie to prawdą, co znaleźć przyjdzie w ich wnętrzu...?

I kiedy od nas odlecą... A jeśli już to nastąpi..., czy w ogóle jeszcze powrócą?
Chyba powrócą, ty też masz takie wrażenie?
Chyba tak... Chciałbym.
...

I jakby jaskółki na wiosnę, tak kiedy w końcu nas znajdą, czy wiedzieć będą, gdzie lecieć? Że nisko na deszcz, czy wskażą nam dobrą drogę? 
To nawet, da się wygodnie w nich mieszkać? I... to nie jest drobna przesada, osiedlić się w kapeluszu?
...

Być może... sam kiedyś na to odpowie. Co do mnie, wątpię, że jest to możliwe. Bezsprzeczne jest, z tym warto by spojrzeć w niebo, te nadal gdzieś tam istnieją, ba, sam kiedyś jednym leciałem, choć dzisiaj już, obawiam się, nie zdołałbym go rozpoznać. Przynajmniej już nie inaczej, jak zwykły z co dzień kapelusz. 
...


174.

Teoria o tym, że jestem gulaszem węgierskim nie jest bezpodstawna, i owszem. Jednako ta także, że w nieodległej przyszłości zamierzam przejść proces odwracalnej miniaturyzacji - podobnie - a takiej, to żebym zmieścić się mógł w domku nie większym, co mieszczącym się cały w łupince orzecha włoskiego. Ważne z tym jest, by przemiana ta, zgodnie z wolą, mogła być odwracalna, to żeby niekiedy jeździć móc autobusem. Na ten moment potrzebne czary posiadam na jednorazowy proces - całkiem permanentny.

Kolejne lata zatem pragnę poświęcić na podróż po bożym świecie w poszukiwaniu mitycznego kotka Anastazego, który, jak głosi legenda, swego czasu opanował tę sztukę do końca. Potrafił zmniejszać się do rozmiarów i mniejszych od chomika dżungarskiego, mówią, gdzie dalej, zaskarbiając sobie zaufanie myszek (poliglota, znał wszelkie mysie dialekty) powiększał się naraz, łykając je w kolejności.

Ostatnim razem lewitował we wschodnim Tybecie...

173.

Ulotne jest szczęście. I mało kto powie dokładnie, gdzie w zasadzie się ono znajduje... Powiesz, me szczęście kwitnie w spełnieniu. Jest w wyrażeniu się w świecie, powiesz, jest we mnie samej. Lecz czy naprawdę je czujesz? Widziałam go w drugim człowieku. Że bywa w miłości, lecz ono, zdaje się, przeszywa te wszystkie rzeczy. To czasem. A nieraz, jakby wąż, przemyka każde z nich obok. Mija miłość życia, bez słowa - omija nasze spełnienie. I leci gdzieś..., pionier - żółtodziób, w niezbadaną ciszę...

172.

A ciekawostką jest, ciągnął dalej - a chylił się im już wieczór - fakt także, że palimy tu dziś razem fajkę - jednako zgotowaliśmy sobie o wiele, wiele już wcześniej... Dodał, być może to nawet, czy pojmę, jak dobrze dmuchać zeń kółka...
...

Minął ich w pół szary gołąb...
...

To biorąc wdech - wiedz, było takie zdarzenie i było miejsce, przez które każdy z nas kiedyś przeszedł. Być może teraz tego nawet nie pamiętasz, lecz masz w sobie wielkie pragnienie. Potrzebę, dla której tu jesteś. To właśnie z jego powodu nawet tu teraz siedzimy... - nie kryjąc, jest mi z tym wcale przyjemnie - i przez nie także najpewniej się jutro obudzisz. Kogoś spotkasz, być może, i może wcale nie będzie to miłe spotkanie...
...

Dołem kilka osób wracało z wieczornej mszy, w górze majaczył im księżyc...
...

Przez swoje pragnienia obudzą się podobnie inni. Wiesz, był czas, kiedyś każdy z nas osiągnął swój kraniec świata... A biorąc głęboki oddech, niepewnym był kolejnego (a może niektórzy z nas byli go całkiem pewni). Ja w każdym razie nie byłem. Wyciągnął rękę ze swoją latarnią (są jak kapelusze, wszelakiego kroju, to bardzo potężne przedmioty i coś jest w nich magicznego, że zawsze nam stoją tuż obok), o to prosząc, co tylko mu przyszło do głowy. I każda jedna płonęła wówczas - to ciepłym, w dal biegnącym światłem. W dal pełną kolejnych, kolejnych latarni, jakby gwiazd, tak naraz się tlących po niebie. I więcej..., tym większym tylko płomieniem tyczącym dlań w ciemności drogę. 
...

Przerwa. Ktoś spytał się o godzinę. Ktoś..., może o drogę. Przemknął gdzieś czarny kot. A może..., a może przeszedł dostojnie...
...

Byliśmy pewni jej celu, nie tego, jak trudną dla nas być może. I z ilu latarni się składa, a w końcu, że to, o co poprosiliśmy, jawić się będzie tak różnie, pokrętnie, niż przyszłoby nam o tym marzyć. Nie można tego uniknąć. Nie można teraz zawrócić, lecz... przyjdzie czas, dojdziesz na swój kraniec świata. To znowu. I znowu... I znowu. A świat się dla ciebie stanie z tym jeszcze odrobinę większy. Jak długo ci to wystarczy... Nie wiem.
Jak długo by to nie było, gdy znów byś czego zechciała... Czegoś wielkiego, a może - zwyczajnie - rozjaśnić ciemność za oknem, zapalić światło w pokoju... czy... - znów jedno wystarczy - nad krańcem świata unieść w dal swoją latarnię (a jest coś weń magicznego, że zawsze...), by dalej - to znowu i znowu - pójść w świetle jej krętą drogą - po kraniec świata i ciemność.
...

Zaciągnął fajkę, minęła 21.
...


171.

Do rzeczy zbyt szybkich za wcześnie, spóźnionych nie w porę, do wszystkich z tych także biegnących pomału, niemniej, jak dziś pewien jestem, że w czas mi się zjawią te ważkie, co pewne stare, lecące w noc sanie, zawitać mogące do wszelkich wszechświatów. To dzięki małej, jarzącej latarni, tyczącej po niebie im drogę...

Bo istnieją w górze przewlekłe alejki, poskręcane drogi, są i ścieżki proste co noc to się tlące na nowo - to długim po horyzont światłem, światłem magicznych latarni - w mrok, gdzie nikt dotąd nie dotarł.

Że kiedy byś spojrzał z okna, jedno, co dostrzec - niknąca w dal długa droga, to znów co i rusz to - ciepłych, kojących nań świateł - jest bardzo dużo tam światła - wijąca się (dokąd?) po niebie...

Unieś więc rękę. I wejdź.